Popularne posty

9/19/2016

Rowerem do Sopotu

Rowerem do Sopotu
        Niewątpliwie zawitała do nas jesień. Jeszcze w piątek słońce grzało tak mocno, że w długich spodniach można by się ugotować, a już w niedzielę w swetrze i trenczu było mi zdecydowanie za zimno. Brutalnie wdarły się do nas zimne wiatry i przywiały one nieco wspomnień z wakacji.
       Choć tegoroczne lato nie rozpieściło nas pogodowo, to jednak mamy z Melanią co wspominać. W tym roku wybrałyśmy się na urlop nad Bałtyk, a konkretnie do Trójmiasta. Dziś zabiorę Was w krótką podróż do Sopotu, który widziałam po raz pierwszy w życiu.
        Z Gdańska do Sopotu dostałyśmy się... rowerem. Zosia, u której miałyśmy przyjemność noclegować, pożyczyła mi rower wraz z przyczepką. Ta nasza babska, rowerowa wycieczka jest jedną z najmilszych wspomnień tych wakacji - a wszystko dzięki pomysłowi Zosi i niezliczonej ilości dróg rowerowych jakie posiada Trójmiasto.
           Kiedy po około 45 minutach jazdy (troszkę błądziłyśmy) wjechałyśmy do Sopotu poczułam się jak nowo narodzona. Ruch, świeże powietrze i widok morza podziałały na mnie niezwykle kojąco i nawet fakt zapłacenia 25 złotych za kolorowego warkoczyka dla córeczki, nie zmącił mojego spokoju ;). (Uwaga- nigdy nie róbcie warkoczyków w Sopocie, w Gdańsku za ten kolorowy kosmyk zapłacicie minimum dwa razy mniej!).
        Sopot okazał się być zatłoczonym, typowym nadmorskim kurortem. Główna ulica Sopotu tj. Bohaterów Monte Cassino, przy której znajduje się m. in. Krzywy Domek, jest w sezonie zatłoczona jeszcze mocniej niż Floriańska. Z rowerem i przyczepką nie było sposób przez nią przejść, nie potrącając zagapionych przechodniów co kilka metrów. 
      O molo- najdłuższym, drewnianym nad Bałtykiem - nie wspomnę. Niestety, nawet nie ryzykowałam z córką stania w kolejce po bilet, żeby na niego wejść. Zwyczajnie odpuściłam, bo wiem, że do Trójmiasta wrócimy nie raz, a kolejny koniecznie nie w sezonie. Liczę, że wtedy chętnych na wejście na molo będzie mniej i nie będę musiała czekać godziny czy więcej, żeby móc poprzeciskać się między ludźmi po tym, niezwykłym molo. 
        W Sopocie dużo spacerowałyśmy w poszukiwaniu miejsca, gdzie oczekiwanie na obiad nie będzie trwało dłużej niż godzinę. Tam, gdzie trafiłyśmy było smacznie, a przede wszystkim jadłyśmy niemal na plaży, słysząc szum morza. Po obiedzie obowiązkowo zaliczyłyśmy gofry - nigdzie nie smakują tak dobrze jak nad morzem, a w między czasie bawiłyśmy się na plaży  i nawet odrobinę moczyłyśmy, choć temperatura nie sprzyjała.
          Żałuję, że nie udało nam się odwiedzić średniowiecznego grodziska, znajdującego się przy ulicy Haffnera ani wejść na latarnię morską. Mimo wszystko, wypad do Sopotu, zaliczam do moich ulubionych wycieczek rowerowych i dzięki temu Sopot wspominam z wielkim sentymentem.

Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć: 

wakacje nad morzem

wakacje z dzieckiem


nad morzem z dzieckiem

nad morze z dzieckiem

moda dla dziewczynki lato



8/18/2016

Jak zregenerować skórę twarzy po lecie

Jak zregenerować skórę twarzy po lecie
      Po wakacjach nad Bałtykiem wróciłam nie tylko opalona i obsypana piegami, ale przede wszystkim zauważyłam, że skóra mojej twarzy wyschła na wiór. Wiatr, sól i ostre, nadmorskie słońce pozbawiły moją skórę blasku i odpowiedniej porcji nawilżenia. Nie muszę chyba wspominać, że przesuszenie i niezdrowa matowość dla skóry prawie trzydziestoletniej nie jest najlepszym rozwiązaniem. 
       Pierwsze co zrobiłam, gdy rankiem przekroczyłam próg własnego domu to wtarłam w skórę olejek monoi z gardenii tahitańskiej, który łagodzi wszelkie podrażnienia i przesuszenia. Olejek ten nie tylko wspaniale regeneruje zniszczony naskórek, ale także włosy, przeciwdziała łupieżowi, łagodzi stany zapalne, koi i zmiękcza. Przez cały dzień piłam wodę oraz zioła, nawadniając skórę od wewnątrz. Przygotowałam także roztwór wody z witaminą C i kolagenem marki Colway, która natychmiast dodała mi energii, uporała się z sennością i zapewne zbawiennie podziałała także na moją skórę. Tego samego wieczoru zastosowałam na skórę parówkę. Parówka to świetny sposób, żeby rozpulchnić skórę i przygotować ją do manualnego oczyszczania czy pilingów. Działa ona jednakże również nawilżająco, szczególnie z dodatkiem odpowiednich ziół czy olejków eterycznych. Rozgrzana skóra łatwiej i szybciej przyswaja składniki z maseczek czy olejków, które później zastosujemy. Ja byłam tak zmęczona po całonocnej podróży polskim busem, że po 10-minutowej parówce ponownie wtarłam w skórę olejek monoi, pod oczy dodatkowo zastosowałam krem maseczkę z Orientany i poszłam spać. Nic tak dobrze nie regeneruje organizmu, a przez to i naszej skóry jak zdrowy, ośmiogodzinny, nieprzerwany sen. Sen to jeden z najlepszych, naturalnych kosmetyków, który odpowiednio stosowany wraz ze sportem na świeżym powietrzu może zdziałać dla naszej skóry cuda. 
      Następny dzień zaczęłam od delikatnego oczyszczenia twarzy mydłem Savon Noir. Po osuszeniu twarzy spryskałam ją wodą różaną i na lekko wilgotną skórę nałożyłam krem nagietkowy Sylveco. Krem ten nadaje się także pod oczy. Zawiera regenerujące masło shea, nawilżający ekstrakt z aloseu i zioła, które pielęgnują skórę. Nakładając krem lekko masowałam skórę zgodnie z zasadami masażu przeciwwyważeniowego, które możecie odnaleźć na youtube. Skóra tego dnia nabrała już promiennego blasku i nie wyglądała jak szorstki papier. Wiedziałam, że wystarczy odpowiednia pielęgnacja wieczorna i moja skóra będzie nawilżona jak dawniej.
         Wieczorem znów postawiłam na parówkę, a po niej nałożyłam domową maseczkę kawowo-kakaową- mocno nawilżająco i przeciwzmarszczkową. Zmieszałam dwie łyżeczki kakao, tyle samo kawy, która została w mojej kawiarce po popołudniowej kawie, dodałam do mieszanki odrobinę mleka, miodu i tego oleju (KLIK), by uzyskać konsystencję papki. Maseczkę trzymałam na twarzy 20 minut, po czym delikatnie spłukałam ją okrężnymi ruchami, co stanowiło jednocześnie skuteczny piling, dzięki znajdującym się w niej fusom z kawy. Nie muszę mówić jak obłędnie ta maseczka pachnie i jak przyjemna jest w użyciu, nie mówiąc o tym jak miękką i gładką skórę pozostawia. Po tym zabiegu nałożyłam na twarz mieszankę olejów Organicum, które przedłużają trwałość opalenizny i pielęgnują skórę zmęczoną słonecznymi kąpielami. Organiczny olejek brązujący Organicum zawiera w swoim składzie olej z nasion marchwi, orzecha włoskiego oraz olej kakaowy. Wszystkie te oleje nadają skórze piękny koloryt, utrwalają opaleniznę, posiadają masę antyutleniaczy, koją, mocno nawilżają i natłuszczają skórę oraz przeciwdziałają starzeniu.
         Na kolejny dzień przywitała mnie w lustrze wypoczęta twarz z nawilżoną i zregenerowaną skórą, bez oznak przesuszenia, zmęczenia czy ziemistego odcienia. Pomimo, że będąc nad morzem używałam kremu regenerującego Sylveco i oczyszczałam skórę naturalnym mydłem, warunki klimatyczne pokonały zdolności regeneracyjne mojej twarzy. Na szczęście szybciutko pozbyłam się nieprzyjemnego ściągnięcia i przesuszenia. Myślę, że wielkim błędem było zaniechanie stosowania olejków na noc podczas moich wakacji. Chciałam zabrać tylko kilka najważniejszych kosmetyków i niestety, popełniłam błąd, że odrzuciłam olejek, który przecież stosuję co wieczór.

poparzenie po słońcu

Tutaj znajdziecie Lekki krem nagietkowy Sylveco, resztę kosmetyków dostaniecie w internetowych sklepach z ekologicznymi kosmetykami lub w lokalnych sklepach eko.





8/03/2016

Szydłów- miasteczko, w którym czas się zatrzymał

Szydłów- miasteczko, w którym czas się zatrzymał
     W drodze do Kurozwęk mijaliśmy Szydłów- zaklęte miasteczko otoczone murami, które z powodzeniem chroni je przed całym światem.  Wchodząc na ryneczek tego miasta ma się autentyczne wrażenie, jakby PRL jeszcze nie minął. Restauracje, sklepy, kamieniczki a nawet ludzie natychmiast przywołują wspomnienie komunistycznej Polski. W Szydłowie byłam 5 lat temu i choć od tego czasu przybyło tam nowoczesnych knajpek i sklepików, to nadal możecie zjeść lody w pucharku i napić się parzonej kawy w szklance, patrząc przez duże okna zasłonięte staroświeckimi firankami w restauracji na rynku, która nie zmieniła się chyba od lat 70-tych. Niesamowite miejsce z niesamowitym duchem, mogłabym tam spędzić całe wakacje i cofnąć się w czasy młodości moich rodziców. 
       Samo miasteczko to jeden wielki zabytek. Szydłów otaczają miejskie mury obronne z XIV wieku, a przy centrum miasta znajdują się ruiny średniowiecznego Zamku Królewskiego, w którego części obecnie znajduje się biblioteka i muzeum regionalne. W tym roku nie wchodziliśmy na teren Zamku, ale będąc w Szydłowie koniecznie trzeba przekroczyć próg zamkowego dziedzińca; tym bardziej, że na jednym bilecie można zwiedzić wszystkie atrakcje oferowane przez miasto Szydłów: zamek, synagogę oraz wnętrze Kościoła Wszystkich Świętych
         Synagoga, która znajduje się w obrębie murów obronnych została wybudowana w XVI wieku i jest jedną z najstarszych synagog w Polsce. Obecnie w jej części mieście się Centrum Informacji Turystycznej, główną salę zajmuje muzeum z eksponatami związanymi z kultury żydowską. 
     Na uwagę zasługują także niezwykle klimatyczne ruiny kościoła Świętego Ducha oraz szpitala dla ubogich i starców. Maleńki, kamienny kościołek znajduje się blisko centrum, poza murami miejskimi obok cmentarza parafialnego. Co ciekawe, budynek szpitala jeszcze po II WŚ służył jako schronienie dla bezdomnych. Poniżej zdjęcie fragmentu zabytkowego zabudowania.
Szydłów ruiny kościoła

Choć Szydłów jest maleńki, to nie można go pominąć podczas eksploracji Świętokrzyskiego. Maleńkie, urocze miasteczko, gdzie miejscowi sprzedają sezonowe warzywa i owoce siedząc na uliczkach rynku i wygrzewając się w słońcu. Szydłów nęci duchem nie tak dawnej, choć jakże odległej historii. Niemal każdy budynek na rynku czaruje i wzbudza sentyment. Świetne miejsce na weekendowy wypoczynek oraz klimatyczne sesje zdjęciowe.

Szydłów zabytki

Ruiny oraz fragmenty murów obronnych ciągną się przez większość część miasteczka.

Szydłów ruiny

Szydłów mury obronne

Szydłów zabytki

Szydłów zabytki

Szydłów mury

świętokrzyskie z dzieckiem

Jedna z trzech bram prowadzących do miasta czyli Brama Krakowska- jedyna, która się zachowała.

Szydłów Brama Krakowska




7/29/2016

"Mamy brzuszek" czyli jak samej wyretuszować macierzyństwo

"Mamy brzuszek" czyli jak samej wyretuszować macierzyństwo
          Pamiętam jak dziś, jedna z moich koleżanek na wieść o mojej ciąży, zapytała : "A nie boisz się, że stracisz figurę?". To była ostatnia rzecz o jakiej mogłabym pomyśleć stojąc w łazience i trzymając w ręku test ciążowy. Nie myślałam o tym ani przez kolejne 9 miesięcy, ani nawet nie miałam czasu pomyśleć o tym jak urodziłam Melanię. Miałam to wielkie szczęście, że ciąża zaskoczyła mnie i nie pozostawiła czasu na myślenie o bzdurach. Tak, bzdurach. 
      Wiem, że kobiety przeżywają ciężkie chwile kiedy ich brzuchy po 9 miesiącach wysiłku wyglądają jak balon, z którego uszło powietrze. Absolutnie to rozumiem, bo zanim zaszłam w ciążę, sama czułam się ze sobą źle i nie myślałam o sobie jako o atrakcyjnej kobiecie. Paradoksalnie, po urodzeniu Melanii byłam dla siebie coraz bardziej wyrozumiała. Być może to przez wzgląd na szybki powrót do formy, być może szybki kurs dorastania- sama nie wiem- stało się i samodzielnie wyretuszowałam głowę z bzdur i bredni wpojonych nam przez media. 
           Nie ma ludzi idealnych, nie ma idealnych brzuchów i nie ma też wzorca, który stanowiłby co jest piękne a co brzydkie, bo każdy z nas jest inny i gusta też mamy inne. W średniowieczu panował taki okres, że ideałem kobiety była drobna figura z zaokrąglonym, jak ciążowy, brzuszkiem i małymi piersiami (kojarzycie obraz Jana van Eycka "Małżeństwo Arnolfinich"?). Był też okres kształtów rubensowskich, była też Twiggy i wreszcie przyszła kolej na Kim Kardashian. Nie ma takiej kobiety i takiej figury, która będzie się podobać wszystkim bez wyjątku i nie ma takiego mężczyzny, który zostanie uznany za przystojniaka przez wszystkich na tej ziemi. Tak już jest i zawsze tak będzie, choćby media skichały się z wysiłku- nic z tego. 
          Kluczem do pokochania siebie nie jest jednak zdanie sobie sprawy z tego prozaicznego faktu jak to, że różnorodność jest dobra, naturalna i nie ma czegoś takiego jak obiektywne piękno. Kluczem do pokochania siebie jest nie oddzielanie umysłu i uczuć od ciała, potraktowanie wszystkiego jak idealną spójność i wdzięczność ciału za to, że dzięki niemu tyle możemy. Ciało nie jest rozbite na sflaczały brzuch, za szerokie biodra, płaski biust i krzywe nogi, ciało to jedność, najpewniej proporcjonalna jedność, która daje nam cudowne możliwości: wspinaczki, tańca, podróżowania, zwiedzania, uczenia się, dotykania. Ciało kobiet ma jeszcze jedną cudowną, magiczną wręcz moc: potrafi dać życie. I niezależnie od tego w jakim kształcie pozostanie ciało po wydawaniu na świat nowego życia, to dało początek czemuś wspaniałemu, tchnęło nadzieję, przyniosło radość, ukojenie. To jest nie do przeceniania i nie może być oceniane pod kątem jędrności i braku rozstępów, bo odziera cud z jego nadprzyrodzonych mocy i sprowadza go do bardzo przyziemnych przymiotów.
         Ciało kobiety, która wydała na świat nowe życie - nową siłę, która może tyle zmienić, zasługuje na specjalne względy i ogromny szacunek. Trud noszenia pod sercem nowej istoty, miliony zmartwień kłębiących się w głowie, nieprzespane noce i wszystko to, co przeżyła każda z nas rysują się na naszych twarzach siateczką zmarszczek, a na naszych brzuchach i piersiach bliznami rozstępów. To wszystko stanowi nie tylko naszą historię miłości i oddania, ale jest pięknym trofeum, które z dumą powinnyśmy prezentować światu. Każda nowa zmarszczka po setnej już nieprzespanej nocy, kolejna blizna po cesarce to wynik miłości, a czy jest coś lepszego niż miłość właśnie? Kiedy spojrzysz na siebie w lustrze z niesmakiem i z zazdrością będziesz wodzić wzrokiem za jędrnymi dwudziestkami, pomyśl czy nie odzierasz wtedy swojego wielkiego sukcesu, wielkiego oddania, niezwykłego poświęcenia z magicznej otoczki jaką jest cud macierzyństwa. 
       Jesteśmy mamami i niezależnie od tego jak wyglądają nasze brzuchy i jak mocno poszerzyły się nasze biodra po porodzie, posiadamy coś czego nikt nam nie odbierze i żaden facet ani żadna bezdzietna nie pojmie. Wiemy już jak wielką siłę posiadamy, ile jesteśmy w stanie znieść i jak każdy problem wydaje się malutki w obliczu strachu o własne dziecko. To jest błogosławieństwo. Błogosławieństwo odkrycia jak wiele spraw to bzdury, spraw, które zatruwają umysły tych, którzy nie przeżyli tak wiele jak my, spraw, które kiedyś i nam zatruwały głowę, a teraz są śmieszną błahostką. Macierzyństwo - tyle przed nami odkryło i tak wiele nam dało, więc jak można sprowadzać je do mniej jędrnego brzuszka czy rozstępów na piersiach? Ten brzuszek jest wart o wiele więcej niż ten wcześniejszy, płaski i wyćwiczony, który dumnie prezentowałyśmy na plaży. Tamten brzuch nie miał żadnej historii, a ten który mamy teraz to indywidualna historia bezgranicznej miłości.

                                                                            ***        

Wyretuszować można teraz wszystko, a fotoszop w jednej minucie zrobi z Ciebie gwiazdę. Tak się przyjęło, że pokazuje się tylko to, co wygładzone i podrasowane. Nawet w grupach dla fotografów amatorów pokazuje się tylko zdjęcia poprawionych kobiet, bo inaczej zaraz nastąpi nawał komentarzy na temat niewygładzonego cellulitu, porów skóry itp. Ktoś zrobił nam sieczkę w głowach i najwyższa pora to zmienić. Kiedy więc dowiedziałam się o letniej akcji społecznej "Mamy brzuszek", wiedziałam że muszę w tym uczestniczyć. Wszystko co promuje prawdę, zasługuje na wsparcie, dlatego my mamy- powinnyśmy wspierać wszystko co nie zakłamuje macierzyństwa i pomoże przyjąć fakty takimi jakie są, bez fałszywej otoczki. 


Jeśli jesteś zainteresowana wzięciem udziału w sesji, wystarczy, że wyślesz maila zgłoszeniowego na adres: redakcja@kobbieciarnia.pl. Więcej informacji na stronie akcji.

7/25/2016

Kurozwęki- bizony, labirynt i pałac

Kurozwęki- bizony, labirynt i pałac
     Kurozwęki to wieś położona w województwie świętokrzyskim, znajdująca się nieopodal Staszowa, Szydłowa a także zalewu Chańcza. Kurozwęki mogą stanowić więc doskonałą bazę wypadową nad wodę, a także do ciekawych miejsc Świętokrzyskiego takich jak: Ujazd, gdzie znajduję się zamek Krzyżtporów, Szydłów czy Bodzentyn. 
      Kurozwęki to przede wszystkim obiekt pałacowo-parkowy, kraina bizonów oraz labirynt w kukurydzy. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a wędrując między jedną a drugą atrakcją, nikt się nie zmęczy bo wszystkie trzy obiekty znajdują się w tym samym miejscu, nie wspominając o bogatej gastronomii czy dużym placu zabaw. 
      Choć zwiedzanie pałacu może wydawać się dzieciom z pozoru nudne, mimo wszystko namawiam. Lochy, które zwiedza się z przewodnikiem, to gwarancja rewelacyjnej zabawy a także niewielkiej dozy strachu. Przygotowane one bowiem są tak, by nie tylko zainteresować historią tego miejsca, ale przede wszystkim pobudzić wyobraźnię. My z Melanią byłyśmy zachwycone, a córka wiele z przytoczonych historii pamięta do dziś. 
           Na wewnętrznym dziedzińcu pałacu znajdują się stoliki, gdzie można zjeść posiłek i poczuć się jakby historia zatrzymała się w czasie. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że obok pałacu,  w przepięknym domu, wciąż mieszkają jego właściciele- rodzina Popielów, która z własnych środków od lat remontuje i rewitalizuje pałac. Najmłodszy Popiel jeszcze studiuje i właśnie przebywa tam na wakacjach, więc może warto się tam wybrać :P






      Obok zespołu znajduje się hodowla bizonów- zwierzęta zostały sprowadzone z Belgii w 2000 roku. W ramach biletu full pakiet (dzieci do 4 roku życia wszystko mają gratis) prócz zwiedzania pałacu i lochów przywdziana jest także "wycieczka" do krainy bizonów. Turyści zawożeni są na łąki pełne zwierząt wozem ciągniętym przez traktor. Dla dzieci stanowi to więc podwójną atrakcję. 



      Po trudach zwiedzania i szaleństw na placu zabaw można posilić się w restauracji, pizzeri lub budce z fast foodami. Do wyboru, do koloru. Namawiam na spróbowanie mięsa z bizona. Melania spałaszowała pieczeń z jego mięsa w mgnieniu oka, a jak widać jej porcja była ogromna. 





     Jedyną atrakcją z której córka nie chciała skorzystać, pomimo moich namawiań, był labirynt w kukurydzy. Ja miałam już okazję przez niego przechodzić, dlatego z czystym sercem polecam tą niezwykłą i niekrótką przygodę. 
      Kurozwęki, choć niewielkie, mają wiele do zaoferowania. Warto zahaczyć o nie, będąc w pobliżu, a najlepiej przyjechać tu na dłużej, by zwiedzić okoliczne atrakcje, których Świętokrzyskie oferuje bardzo, bardzo wiele. 








7/20/2016

Jak rozkochać faceta? - dwie proste sztuczki

Jak rozkochać faceta? - dwie proste sztuczki
      Dziś zaserwuję receptę na to jak złapać Pana Boga za nogi czyli zdobyć największe dla kobiety trofeum w postaci mężczyzny. Mężczyzna- pan i władca świata,  najmądrzejsze stworzenie boże, doskonałość i perfekcja w jednym wcieleniu, w ludzkim, absolutnie pięknym wydaniu. Mężczyzna- czy Was też przechodzą ciarki gdy wymawiacie to słowo? Mrał.
      Mężczyzna to gatunek z rzędu rozumnych inaczej, dlatego należy podejść go w odpowiedni dla niego sposób. Kiedy już jakiś samiec alfa wyhaczy Cię w tłumie wychowanych w duchu posłuszeństwa dziewic, wiedz, że właśnie zaczyna się Twoja wyboista droga starań.
      Mężczyzna nie lubi się męczyć, ale jednocześnie uwielbia polować. Tak, to bardzo paradoksalne stworzenia. Musisz więc znaleźć złoty środek pomiędzy byciem ciągle nie jego uciekającą sarną, a składającą jego skarpetki i podającą wytworny obiad łanią w koronkowej bieliźnie. Musisz być jak najlepszej generacji jojo, które zbliża się ze schabowym na eleganckim talerzu, po to by za chwilę oddalić się w kierunku chłodzącego się w lodówce piwa. Jesteście dopiero na początku znajomości? Nieważne. Żaden samiec nie pogardzi schabowym z opiekanymi ziemniaczkami i kapustką. Chcesz żeby ten wieczór spędził tylko z Tobą? Zapytaj jeszcze jaką zupę lubi i które piwo mu kupić. Po tak sytym obiedzie, masz gwarancję że nie wyjdzie z kolegami polować na lepszą zwierzynę. Nie będzie miał siły. Pisałam już, że faceci nie lubią się męczyć.
      Jeśli już uda Ci się złapać mężczyznę na przynętę w postaci kotleta (pamiętaj, że musisz z kotletem wyskoczyć na pierwszej randce, bo inaczej nici) i samiec chce wpadać do Ciebie przynajmniej raz na tydzień żeby sobie pojeść, to znaczy że znajdujesz się na właściwej drodze. Teraz pora na dodatkową pracę np. na pół etatu. Dlaczego? Mężczyzna to gatunek, który lubi sobie pojeść i napić się i bardzo szybko się przyzwyczaja. Ta pierwsza randka z sytą kolacją u Ciebie była dla niego jasnym znakiem, że może się do Twojej cudownej kuchni już przyzwyczajać. Kobieto! Osiągnęłaś tak wiele. Mężczyzna polubił Twoją kuchnię i ma teraz ochotę wpadać do Ciebie na kotleta i piwko. Super. Jak mówiłam, apetyt mężczyzn różni się od naszego. Musisz dorobić.
          Nie myśl, że kolacja czy obiad, którym u Ciebie się syci może mu wystarczyć. Nie możesz faceta osaczać. Jeśli Twój ukochany czuje potrzebę wychodzić codziennie z kumplami na drugi obiad- absolutnie nie protestuj, wyciągnij stówkę i daj mu błogosławieństwo- niech facet się zabawi. W końcu życie samca to nieustające pasmo udręk i obowiązków.
         Mężczyzna- choć niezwykle trudny do usidlenia (ale jakże tego wart!)- wbrew pozorom nie jest zbytnio skomplikowany. Omówiłyśmy już aspekt pożywienia: ma być dużo, domowo, regularnie i z chłodną popitą. Teraz drugi i ostatni już aspekt: seks. Robisz to tak jak on chce, kiedy chce i to co on chce. Gra wstępna? Lodzik. Telefon po imprezie z kumplami około 4 nad ranem: "Mała, nie wpadłabyś do mnie?". Oczywiście, że byś wpadła: szybki prysznic, pas do pończoch i jedziesz. Mężczyzna nie lubi czekać. Bardzo fajnym pomysłem jest wysprzątanie jego mieszkania (które zapewne dzieli z mamusią), będąc ubraną w kusy fartuszek i seksowny czepeczek. Pamiętaj, schylając się by poodkurzać pod regałem- odpowiednio wypinaj tyłek.
      Kiedy już facet lubi wpaść do Ciebie od czasu do czasu na kotleta albo inne małe co nieco, możesz zaoferować mu żeby za każdym razem brał ze sobą brudną bieliznę do wyprania. Mężczyźni kochają swoje matki najmocniej na świecie, więc jednym ze sposobów żeby zdobyć jego serce, jest właśnie zastąpić czułą i schorowaną mateczkę. Dopytaj co jego mamusia robi najlepiej i próbuj naśladować, choć pamiętaj: i tak nigdy nie zrobisz tego lepiej niż ona. Nawet zakalca!
       Wnioski z tej jakże cennej lekcji: nie mów za wiele, absolutnie nic nie oczekuj i niczego nie żądaj, dawaj ile możesz, idź na dodatkowy etat, kup kilka zestawów wyuzdanej bielizny i pław się w towarzystwie najlepszego z najlepszych stworzeń boskich. Czegoż można chcieć więcej?




7/18/2016

Ile wiesz o blogerach?

Ile wiesz o blogerach?
     Idąc dziś do pracy myślałam nad tym, ile prawdy o mnie samej jest na blogu. Każdy bloger z ulgą dzieli się w sieci swoimi przemyśleniami, wynurzeniami. Ja też nierzadko kłócę się tutaj z rzeczywistością, piszę o tym co mnie wkurza, smuci, czasem przerasta. Zwykle nie piszę do końca dosłownie, przelewam frustrację w metafory, nie dopowiadam, urywam. Nie dlatego, że chcę coś ukryć, tylko dlatego, że chyba jak każdy człowiek bardzo cenię sobie prywatność.
     Myślę, że czytający mojego bloga od deski do deski mają jakiś obraz mojej osoby, myślę nawet, że jest on bardzo zbliżony do mnie samej, ale prawda jest taka, że każdy blog to pewnego rodzaju kreacja. Lubię traktować mój dom w sieci jako ujście pewnych emocji, pozbywam się niektórych trawiących mnie frustracji. Mój mąż zawsze nazywał mnie "pieniaczem"- dużo pyskuję jak nikt nie słyszy, ale nie potrafię tak do końca zawalczyć o swoje. Jeśli pani w urzędzie będzie nieuprzejma, to ja zagryzę zęby, a żale wyleję dopiero komuś bliskiemu w rękaw. Nie raz miałam ochotę komuś przygadać, ale zwyczajnie się boję. Jestem małym, wrażliwym tchórzem, którego łatwo zapędzić w kozi róg.
     Nie lubię też uzewnętrzniać tego, co dzieje się w moim życiu osobistym. Obojętnie jak mocno jestem załamana czy zasmucona, po prostu wkładam fajny ciuch, maluję oczy i wychodzę z domu uśmiechając się do mijających mnie koleżanek. Zawsze taka byłam. Najbliższe koleżanki wiedziały, że informacje trzeba raczej ze mnie wyciągać, nie lubiłam nikomu truć dupy; a jedna z moich znajomych powiedziała, że jeśli chce znać mój aktualny nastrój to idzie poczytać bloga, bo ja i tak zawsze jestem zadowolona.
      Z jednej więc strony z bloga nie dowiesz się nic, ale możesz też dowiedzieć się aż za wiele, zależy jak mocna/y jesteś w czytaniu ;). Tak naprawdę nie mam nic do ukrycia, jestem całkiem zwyczajną dziewczyną: zakochaną w swojej córce mamą, momentami nieznośną córką, wierną przyjaciółką. Nadzwyczajne jest we mnie tylko to, że zawsze potrafię te role pogodzić z nastrojem i nic nigdy nie ucierpi na tym, że chwilowo mogę być rozstrojona. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że po prostu bardzo lubię ludzi i cenię sobie ich strefę komfortu. Nie chciałabym nigdy być ciężarem, który dzwoni zawsze wtedy gdy ma problem. Znacie to? Bo ja znam i zawsze uciekam od ludzi, którzy przypominają sobie o mnie, kiedy są nieszczęśliwi.
     Muszę przyznać, że mam tutaj kilku niezwykle domyślnych czytelników ;). Byłam ostatnio tak zaskoczona jednym z wyników wyszukiwań na GA, że aż mnie zatkało. Pomyślałam: jakim cudem, ktoś się domyślił. Potem troszkę pomyślałam i stwierdziłam, że chyba jednak nie tak ciężko wywnioskować pewne rzeczy. Choć ktoś zapędził się z ustaleniami, to jednak zaskoczyła mnie trafność spostrzeżeń. Zaskakujące, bo wydawało mi się, że jestem na blogu bardzo powściągliwa...
     Ile więc wiesz o blogerce, która to pisze? Wiesz tyle, ile trzeba... O każdej i każdym z nas. Mówimy tyle, ile uważamy za stosowane i pokazujemy to, co chcemy pokazać. Jedne z nas piszą o seksie, inne nawet nie pokazują na zdjęciach brudnych dzieci. Na blogu (pomijam Social Media) ani razu nie skłamałam, nie podkoloryzowałam, nie udawałam, ale możesz być pewna/y że nigdy jeszcze nie powiedziałam całej prawdy.



Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger