Popularne posty

6/24/2016

Poród po terminie- czym skutkuje przenoszona ciąża?

Poród po terminie- czym skutkuje przenoszona ciąża?
      Wiele uwagi poświęca się przedwczesnemu porodowi i jego konsekwencjach. Wcześniactwo niewątpliwie pozostawia po sobie traumę oraz generuje mnóstwo obaw, strachu i godzin spędzonych na szpitalnym krześle przy inkubatorze. Przedwczesny poród to złożony temat, który pociąga za sobą całą masę konsekwencji, ale co wiemy o ciąży przenoszonej?
      Spotkałam się z kilkoma uwagami w ciągu minionych pięciu lat, że przeterminowana ciąża to przecież nic takiego. I choć zgadza się, że w wielu przypadkach to wynik niepoprawnego wyliczenia terminu poczęcia, to jednak nie każdy przypadek rozwiązania w 42 tygodniu jest bezpieczny.
        Przenoszenie ciąży niesie z sobą mnóstwo powikłań i podobnie jak przedwczesny poród, ryzyko śmierci dziecka. Do dziś pamiętam, gdy leżałam na patologii ciąży na sali pełnej kobiet, którym - tak jak mnie - próbowano na wiele sposobów wywołać poród. Ciężarne zmieniały się jak w kalejdoskopie, a ja z cewnikiem Foleya i nafaszerowana oksytocyną modliłam się o pierwsze skurcze. Nie miałam wtedy pojęcia, bo lekarze stronią od informowania, że same skurcze nie wystarczą, że moje ciało nie było zupełnie gotowe do porodu: począwszy od skracania się szyjki i wstawiania dziecka w kanał rodny, a na rozwarciu kończąc. 
      Do szpitala trafiłam w 41 tygodniu ciąży i prawie tydzień, bezskutecznie, próbowano indukować poród. Bardzo martwiłam się dlaczego nie zaczynam rodzić, pomimo kilkugodzinnych wizyt na porodówce, gdzie wlewano we mnie oksytocynę. Zastanawiałam się, dlaczego moje ciało nie współpracuje i kiedy po kilku dniach, dalej nic się nie działo, usłyszałam wspaniałą teorię, że termin porodu (5 październik) został źle wyliczony. Odetchnęłam z ulgą. Postanowiłam więc dalej czekać cierpliwie i jak to ja- godzić się na wszystko bez zadawania pytań. Rodzić w końcu zaczęłam, ale to historia na zupełnie inny post... Po całej nocy męczarni, rano łaskawie pozwolono mi iść na porodówkę. Mój kanał rodny wciąż był niegotowy w najmniejszym nawet procencie, pomimo godzin bolesnych skurczy. Lekarze, bez zaniepokojenia i najmniejszego zainteresowania, postanowili podać mi kolejną kroplówkę z oksytocyną. "Cóż, jeśli Pani nie urodziny w ciągu kolejnych siedmiu godzin (bo tyle trwała taka kroplówka) to będziemy ciąć, bo to już trwa za długo." To był moment kiedy się zdenerwowałam. "No ale skoro mam skurcze od wczorajszego wieczora i nic to zmieniło, to jaką mi dajecie gwarancję, że kolejna kroplówka zrobi coś więcej, prócz nasilenia bolesności skurczy"- myślałam, chodząc w kółko jak pies na smyczy, podpięta od rana do krótkiego kabla od KTG. 
      Zanim przyszedł ordynator tętno Melanii zaczęło spadać przy skurczach, a gdy lekarka, której nazwisko dotąd pamiętam, chciała koniecznie usadzić mnie na fotelu ginekologicznym na kolejne siedem godzin pod kroplówkę- nie zgodziłam się. Zmartwiłam się wysokim spadkiem tętna córki - miałam świadomość, że to nic dobrego nie oznacza. W głowię dudniły mi też słowa położnej, która mówiła do ginekolożki, że przecież szyjka nawet się nie skraca, więc co tu oczekiwać rozwarcia. Ordynator nie miał wyjścia, zadecydował o cięciu- niestety o jakieś dwa tygodnie za późno. 
      Moja ciąża rozwijała się fantastycznie, gdyby nie banda konowałów moja córka nie dostałaby antybiotyku w pierwszych 7 dobach życia i nie musiałaby być rehabilitowana przez cały rok. Prawda jednak jest taka, że miałyśmy szczęście, bo gdyby ginekolożka uparła się na tą kroplówkę, to ja bym się złamała i córka mogłaby urodzić się już tak niedotleniona, że rehabilitacja niewiele by pomogła. Mój przypadek sprawił, że zaczęłam drążyć i niestety, okazało się, że przenoszona ciąża i brak szybkiej reakcji lekarzy jest dosyć powszechna. Niestety, wciąż mało się o tym mówi, że cesarka w takich przypadkach naprawdę ratuje życie i zdrowie, a zwlekanie niejednokrotnie sprawiło, że  pierwotnie zdrowe dzieci rodziły się uduszone lub skrajnie niedotlenione. 
       Na szczęście, media robią czasem dobrą robotę i coraz więcej mówi się o tym, że lekarze unikają cesarek i w wyniku zbyt długiego indukowania porodu oraz rozwiązania po terminie, zdrowe dzieci rodzą się martwe lub skazane na upośledzenia w wyniku długotrwałego niedotlenienia.
     Ja też bałam się o moją córkę, bo neurolodzy zaprzeczali sobie nawzajem, niektórzy straszyli, a ja niestety byłam z tym wszystkim zupełnie sama. Każdego dnia, pomimo oporu i płaczu córki, mozolnie powtarzałam z nią kilka razy dziennie demonstrowane przez rehabilitantkę ćwiczenia, podawałam leki, biegałam na kontrole. Do tej pory wspominam ten pierwszy rok jako koszmar, i bez tego byłoby mi bardzo ciężko ze względu na szereg zmian i problemów, które na mnie spadły. Do tej pory winię lekarzy i osoby, które powinny mi pomóc, za to, że stało się tak jak się stało i ten pierwszy rok życia mojej córeczki to nie były tylko nieprzespane noce, walka o laktację, pisanie magisterki, obiady na dwa dania i stosy kaftaników do prasowania, ale też wielki strach o zdrowie córki, godziny rehabilitacji i wizyty u specjalistów.
      Przenoszona ciąża to nie zawsze błędnie ustalony termin porodu, czasem organizm naprawdę nie chce współpracować. Jeśli leżysz na patologii ciąży kilka dni i jesteś grubo po terminie- walcz o swoje dziecko, ja byłam zbyt potulna...

upływ czasu

6/22/2016

Jak zarabiać na blogu i zamienić pasję na pieniądze?

Jak zarabiać na blogu i zamienić pasję na pieniądze?
     Ostatni weekend spędziłam w Serocku- miasteczku położonym nad Jeziorem Zegrzyńskim oraz Narwią - na weekendowych warsztatach "Od blogerki do liderki" prowadzonych z ramienia Fundacji My Pacjenci w ramach projektu Blogerzy dla zdrowia. Choć okoliczności kusiły do leżenia na plaży i spacerowania po okolicznych lasach, ja intensywnie pracowałam. Nie żałuję jednak, gdyż Serock opuszczałam naładowana pozytywną energią i głową pełną pomysłów. 
     Choć blogowanie dla większości blogerów to pasja połączona z realizacją siebie, to nie ma co ukrywać, że po pewnym czasie w głowie każdego zaczyna kiełkować myśl o spieniężeniu swojej wytężonej pracy. Jakby nie patrzeć, każdy post to kilka godzin wysiłku polegającego na pomyśle, przeistoczeniu go w ciekawe słowa, sesji i jej obróbce oraz późniejszemu promowaniu swojego artykułu. Czas poświęcony na blogowanie to nierzadko kolejny etat, a możliwość zarabiania na tym co się kocha wydaje się idealnym rozwiązaniem na pogodzenie konfliktu zysków (realizacja pasji) i strat (czas, czas, czas).
       Zarabianie na blogu to wciąż temat tabu w blogosferze i choć niektórzy nigdy nie przyznają się za ile piszą wpisy sponsorowane, to niektórzy otwarcie podpowiadają jak wyceniać swoje posty. Dzięki warsztatom w Serocku miałam okazję nie tylko zastanowić się nad tym, czego chcę i jak to osiągnąć, ale także brałam udział w merytorycznych prelekcjach dotyczących pozycjonowania bloga i zarabiania na nim. Tak naprawdę, wszystkie te aspekty mocno się z sobą łączą i zazębiają. 
     Odpowiednie pozycjonowanie bloga, merytoryczne treści, ciekawe grafiki, szybkość ładowania się strony, a nawet nadawanie zdjęciom tytułów powiązanych z wpisem, mocno wpływa na jakość naszej pracy, a co za tym idzie jej wycenę. Im lepiej zorganizowany blog- tym większe szanse, by przekonać agencję czy klienta, że nasza wycena jest słuszna. 
       Przede wszystkim nie można się bać mówić o pieniądzach. Jeśli solidnie prowadzisz bloga i masz wierne grono odbiorców, jeśli czujesz, że przygotowanie posta sponsorowanego: napisanie go, zrobienie odpowiedniej sesji/grafiki, publikacja i promowanie w social mediach jest warte 1000 złotych i potrafisz poprzeć do argumentami, to nie bój się żądać takich stawek. 
     Odpowiednio przygotowana oferta powinna zawierać Twoje aktualne statystyki, profil czytelnika (do przeanalizowania w Google Analytics) oraz proponowane działanie (pomysł na post, miejsce promocji itp.). Wycena powinna być szczegółowa i zawierać kanały promocji. Pamiętaj, że firmie też zależy żeby post miał jak największy zasięg- wykorzystaj to, bo to sytuacja "wygrana wygrana".
    Nim jednak znajdziesz się na etapie, w którym będziesz swobodnie mogła dyktować warunki, zadbaj o swojego bloga na każdej płaszczyźnie. Jeśli do tej pory nie korzystałaś z takich narzędzi jak Google Analytics, Google Keyword Planner czy zostawiałaś zdjęcia z sesji z numerkiem z aparatu zamiast z tytułem- to warto to nadrobić.
    Google Keyword Planner pomoże Ci odpowiednio dobrać tytuł do posta- sprawdzisz tam konkurencyjność danego hasła oraz, ewentualnie, bardziej odpowiednie synonimy. Im większa konkurencja w sieci danego hasła (więcej wyników w wyszukiwarce) tym trudniej będzie Ci się przebić na wyższą pozycję w Google. Najlepiej wybierać mniej konkurencyjne hasła, na których możesz wybić się na pierwsze strony Googla. Nie zapomnij nadawać zdjęciom odpowiednich tytułów- po nich też mogą trafić do Ciebie potencjalni czytelnicy, bo wiele osób szuka grafik i po nich trafia na odpowiednie strony.
      Twoje posty powinny zawierać dobrze dobrane hasła kluczowe w odpowiedniej konfiguracji (3-6% całej objętości tekstu), Twój szablon musi być responsywny, bo ludzie korzystają z internetu nie tylko z komputerów, a zdjęcia na tyle dobre jakościowo i lekkie, że strona będzie szybko się ładować. Musisz dbać o wszystkie drobne i mniej drobne szczegóły, by nie zniechęcić czytelnika i zatrzymać go na dłużej. 
      Odpowiednio zadbany blog prowadzony z pasją, ale także wiedzą to gwarancja szerokiego grona odbiorców i szerokich możliwości zarobkowych. Praca, którą kochamy i na której możemy zarabiać to spełnienie marzeń każdego człowieka, gdyż nie jest ona ani męcząca ani stresująca i staje się dopełnieniem satysfakcjonującego życia. Jeśli pracujesz rzetelnie- nie bój się mierzyć wysoko i ceń się z szacunkiem. Lepiej poczekać na ofertę marzeń kilka miesięcy dłużej, niż sprzedawać kilka godzin pracy za paczkę podpasek. 



A jeśli chcesz bez stresu i jak najszybciej zacząć zarabiać na swoim blogu, to najlepszym rozwiązaniem będzie współpraca afiliacyjna np. z Ceneo.

6/17/2016

Blog Conference Poznań 2016

Blog Conference Poznań 2016
      To już by mój trzeci raz w Poznaniu i jak każdy z tych razów- zupełnie inny. Ostatnim razem w Poznaniu byłam rok temu na współorganizowanym przeze mnie spotkaniu Blogowe Love. Wtedy Poznań zapamiętałam jako małe, smutne i niezwykle ulewne miasto. Urwanie chmury, które złapało mnie i moją przyjaciółkę w parku, nie tylko zwaliło mnóstwo drzew, zatrzymało ruch w całym mieście, ale i przyniosło realne szkody, a kilka osób nawet wylądowało w szpitalu. Miałyśmy wielkie szczęście, że nic nam się nie stało, ale to nie zmieniło faktu, że wyjeżdżałam z Poznania z wielką radością. 
      Wiedziałam, że BCP muszę się dostać, tyle dobrego nasłuchałam się o tej konferencji, że nawet miejsce warsztatów nie było mi straszne. Udało się, znalazłam się na szczęśliwej liście uczestników. Postanowiłam też odczarować Poznań i przyjechałam do przyjaciółki dzień wcześniej. To była dobra decyzja. Pogoda nam sprzyjała, a Agata pokazała mi tyle wspaniałych miejsc, że w niedzielę zupełnie nie chciało mi się z Poznania wyjeżdżać i czuję, że niedługo znów odwiedzę to miasto. 
      Konferencja BCP trwała dwa dni: niezwykle intensywne, motywujące, pełne wrażeń, emocji i obłędnie pysznej kawy, której wypiłam zdecydowanie za dużo (ale biorąc pod uwagę deficyt snu- wybaczyłam to sobie ;)). W sobotę brałam udział w każdym wykładzie i chłonęłam wiedzę niczym gąbka. Po sobotniej imprezie, trochę sobie w niedzielę pofolgowałam i urwałam się na zwiedzanie Bramy Poznania, ale było warto- polecam wszystkim. 
      Sama Konferencja była zorganizowana rewelacyjnie. Wszystko było tak jak być powinno: od identyfikatorów z nazwą bloga oraz naszym imieniem i nazwiskiem począwszy, a na zachowaniu kameralnej atmosfery pomimo takiej ilości osób skończywszy. Nie tylko w sali, gdzie odbywały się wykłady czy warsztaty było spokojnie i cicho, ale także w miejscu gdzie można było napić się kawy czy coś przekąsić. 


      Serdeczna atmosfera, bez poczucia, że jesteśmy na "spędzie" blogerów, sprawiła, że czułam się tam naprawdę dobrze i nie szukałam gorączkowo znajomych twarzy, nie wiedząc co zrobić z rękami. Z wieloma osobami udało mi się zamienić słowo, ale to z moją łodzianką Ewą i nowo poznaną Patrycją spędziłam najwięcej czasu- i jestem z tego bardzo zadowolona. 



   Bardzo podobała mi się sobotnia impreza, w szczególności pokaz degustacji piwa. Panie pokazały nam krok po kroku jak odpowiednio degustować piwo, jak nim mieszać, wąchać, jak próbować, żeby wyczuć odpowiednie nuty smakowe. Potem odbył się koncert i wreszcie taneczna impreza. Na szczególną uwagę zasługuje także miejsce, w którym odbyła się gala: Sala Iglica na Targach Poznańskich <3. Muszę też zaznaczyć, że gdyby nie Łukasz z Czasu Gentlemanów to pewnie nie dotarłabym na afterparty tak szybko, może nawet wcale bym nie dotarła :P- pozdrawiam :).



      Co podobało mi się najbardziej? Oprócz super atmosfery, fantastycznej imprezy i obłędnie pysznej kawy, oczywiście treści merytoryczne. Bardzo podobała mi się prelekcja Konrada Kruczkowskiego, była niezwykle motywująca i pozytywna. Konrad przekonał mnie, że naprawdę wszystko jest możliwe, jeśli tylko odrobinę się postaramy i naprawdę chcemy. Nie żałuję, że wybrałam się na warsztaty z Ceneo- powoli układam listę pytań i wątpliwości i pewnie niedługo będę skrobać maila, tym bardziej, że przemiłe panie zachęcały żeby pisać i pytać. Bardzo podobała mi się także prelekcja kogoś z drugiej strony barykady, czyli Moniki Czaplickiej. Jej panel o siedmiu grzechach głównych blogerów, był niezwykle treściwy i myślę, że dla wielu osób bardzo odkrywczy. 
     Co mogę więcej powiedzieć? Dziękuję fantastycznym organizatorom czyli: fotografce i blogerce Ani z  Okiem Mamy, Marcinowi- Super Tacie, szalonookiej Hani, Ilonie z Mum and the city, Elwirze z Jak ona to robi, Pawłowi, Maćkowi, Piotrkowi, Radkowi, Oli i Jankowi. Do zobaczenia za rok!


6/13/2016

Dresowa sukienka czyli jak pogodzić wygodę i dziewczęcość

Dresowa sukienka czyli jak pogodzić wygodę i dziewczęcość
     Nie skłamię jeśli powiem, że mam wymagającą córkę. Kiedy chce iść na plac zabaw, a ja wyciągam stary, różowy dres, zawsze słyszę stanowcze "Ja w tym nie pójdę". Kiedyś wydawało mi się to nie do pojęcia. Taka mała dziewczynka i już kłóci się z mamą o to co założy. Nie ustępuję córce zawsze i wszędzie, ale staram się pogodzić nasze zapędy i wyjść w pół drogi gustom Melanii oraz moim wymogom. Nie chcę, żeby córka biegała spięta i skrępowana po placu zabaw w balowej sukni, ale jeśli lepiej czuje się w sukience czy spódnicy, to czemu nie? 
        Odkąd weszła moda na dresowe i dzianinowe sukienki i spódnice, byłam szczerze zachwycona. Oto coś nie tylko dla mojej córki, ale i dla mnie samej. Wygoda i dziewczęcość w jednej, niezwykle kobiecej rzeczy, która nie krępuje ruchów, rozciąga się, jest przewiewna, a zarazem nie wygląda jak uniform kury domowej.
      Letnia kolekcja Monello odpowiada więc nam obu w zupełności. Dziewczęce wzory i formy (asymetryczne falbanki mnie zachwyciły!), luźny ale odpowiednio dopasowany krój i przede wszystkim dobra gatunkowa bawełna, która się dopasowuje, ale nie rozwleka (jesteśmy już po pierwszych praniach). Nie muszę chyba dodawać, że kochamy wspierać polskie rękodzieło i nasz rodzimy design. Zapraszamy do oglądania, a po więcej mody dziewczęcej oraz chłopięcej koniecznie zajrzyjcie do Monello
blog parentingowy

sukienka dresowa dziewczynka

sukieneczka dresowa

dziewczęca dresowa sukienka

Poniższa wersja to bluzeczka ze spódniczką. Do wyboru bluzeczka z rękawkami motylkami oraz rękawkami 3/4.

ubranka dziecięce

moda dziecięca lato

fotografia dziecięca

portret dziewczynka

dresowa spódnica dziewczynka

moda letnia dziewczynka

sukienka Monello

Monello dziewczynka



blog parentingowy

moda dziecięca

moda blog


6/08/2016

Ballada o romansie

Ballada o romansie
    Miłość od pierwszego wejrzenia zdarzyła mi się kilka razy. To najsilniejsza i najbardziej szalona z miłości jakie mogą spotkać człowieka. To miłość, która nie przemija, trwa w nas jak rysa, jak ważna epoka, jak najsilniejsza ze zmian.
    Pierwsza zdarzyła mi się, gdy byłam nastolatką. Trudna, pełna emocji miłość. Raz odwzajemniona, a raz nie. Byłam uwielbiana i porzucana na zmianę- zupełnie bez wzruszenia ramionami, bez emocji i skruchy. Zaczęła się z impetem: flirtem spojrzeń, stukotem szpilek na bruku, tłumem cisnącym się do szkolnego sklepiku, długimi nocami w internacie spędzanych w ukryciu na nauce, bo trzeba już gasić światło. Wymagająca miłość, pełna poświęceń, zarwanych nocy, zazdrości, że innym jest lżej, a ja wciąż nie mam czasu nawet na chwilowe przyjemności. Były też dni wytchnienia, nieposkromionej radości, smagania pełnoletnich  pasem po tyłku, najlepszych sztuk w teatrze, zajadania się "Familijnymi" przy nastoletnim, niekończącym się strzępieniu języka. Kraków- moja miłość...
     Bliskość mojego rodzinnego miasta do stolicy kultury, sprawiła że bywałam tam często. Nim się obejrzałam- ugrzęzłam po uszy i wiedziałam, że do liceum muszę już iść tam, gdzie wyrywa mnie serce. To był jeden z najlepszych okresów mojego życia- czas gdy z dziecka, przeistoczyłam się w osobę dorosłą, gdy nauczyłam się samodzielności, poznałam wartościowych ludzi, odkryłam życie kulturalne miasta. Kraków rozkochał mnie w sobie bez pamięci i gdy musiałam opuszczać go na małe i większe chwile, byłam zdruzgotana, niepocieszona, zazdrosna, wręcz obrażona. To w Żywcu najmocniej się na Kraków obraziłam. Niewdzięczny kochanek, który bez mrugnięcia okiem pozwolił mi odejść, tak po prostu...
      Tempus omnia vulnera sanat. Musiał nadejść moment zapomnienia i wyleczenia. Tak też się stało. Choć miejsce kochanka, który mnie porzucił wciąż pozostawało puste, nie traciłam nadziei.
Stało się. Przyszła kolejna miłość: mamiąca ilością zieleni, niekończącymi się trasami rowerowymi, kontrastami, czerwoną cegłą, zderzeniem bogactwa i ubóstwa, fabryk i kultury, nęcąca zapachem kawy na Offie i tysiącem atrakcji. Łódź- moja miłość, miasto z duszą, najczulszy z kochanków, który przygarnął niechcianą, smutną dziewczynę.
   Gdy stanęłam pierwszy raz na Piotrkowskiej i spróbowałam ekopyszności z targu na Offie, wiedziałam, że tu jest moje miejsce, czułam, że będę tu szczęśliwa. I byłam. Bardzo krótko, za krótko. Znów mi zabrano kolejne miasto, które pokochałam- jedyne, czego nigdy nie zapomnę i nigdy nie wybaczę.
     Kochałam, dwa miasta. I choć Kraków znów jest na wyciągnięcie ręki- to już nie jest to samo. Etap beztroskiej radości zamknięty w królewskim mieście już dawno przeminął.
     Łódź- ja jeszcze wrócę, nie raz. Obiecuję. Tęsknimy za Tobą obie z córką: pamiętamy świąteczną Piotrkowską migoczącą w blasku świateł, pamiętamy grille na Lublinku, wycieczki rowerowe do Zoo i Ogrodu Botanicznego, pamiętamy i długo nie zapomnimy. To tu zawiązałam niezwykłe znajomości, nawiązałam blogerskie przyjaźnie- którym mam nadzieję- odległość nigdy nie zaszkodzi, to tu odbył się mój wernisaż, a córce udało się dostać do świetnego przedszkola, które wciąż wspomina z sentymentem. Znów zostałam rozkochana, oczarowana i znów muszę się rozstać, choć bardzo tego nie chciałam...

Łódź- moje miasto, jedyne takie niezwykłe, pełne sprzeczności, uwodzące tysiącem wydarzeń, przyjazne rodzinie, pełne zieleni. Jeszcze Cię odwiedzę nie raz- zobaczysz. 

czarno-białe zdjęcie dziewczynka



6/03/2016

Zioła, które warto pić

Zioła, które warto pić
        Choć wydawać by się mogło, że piję tylko kawę i czystek, nie jest to jednak prawdą. Ostatnimi czasy jestem maniaczką ziół. Dobieram zioła nie tylko pod kątem samopoczucia, ale także niedoborów minerałów czy pod posiłki, które jadam. 
        Wieczorem podkradam siostrze melisę i sączę ją małymi łykami na godzinę przed snem. Herbata ma łagodny smak, uspokaja, wycisza i koi nerwy, ponadto pozytywnie wpływa na trawienie, a nawet łagodzi bolesność miesiączek. Jest to więc typowo kobiece ziółko, które każda z nas powinna od czasu do czasu wypić.
        W przydomowym ogródku rośnie nam mięta i szałwia. Mają bardzo podobny aromat, szałwia jest odrobinę miętowa w smaku i zapachu, ale sporo łagodniejsza. Ponieważ to nasze, własne, osobiste zioła- tym chętniej z nich korzystam. Szałwia swą nazwę zawdzięcza od łacińskiego słowa "leczyć". Nic dziwnego, gdyż ma szereg cudownych właściwości. Ze względu na dużą zawartość fitoestrogenów pomaga regulować obfite miesiączki, łagodzi dolegliwości związane z okresem, a także świetnie sprawdza się w okresie menopauzy. Co więcej, jest to zioło idealne na lato, gdyż wyraźnie zmniejsza potliwość. Jeśli mamy problem z wyjątkowo uciążliwą potliwością stóp czy dłoni, możemy robić im kąpiele w naparze z tego zioła. Szałwia działa także antyseptycznie na wszelkie podrażnienia w jamie ustnej np. afty czy pleśniawki oraz odświeża oddech- można więc nie tylko ją pić, ale używać także jako płynu do płukania ust. Stosowana zewnętrznie pomaga leczyć trądzik i łuszczycę, a ze względu na dużą ilość odżywczych minerałów, witamin i fitohormonów rewelacyjnie wpływa na dojrzewającą skórę, dlatego jest składnikiem kosmetyków przeciwstarzeniowych.
        Mięta znana jest nam jako herbatka na dolegliwości żołądkowe oraz skład pasty do zębów odświeżający oddech. W istocie, mięta wspomaga wydzielanie kwasów żołądkowych, ma właściwości moczopędne, likwiduje kolkę dlatego jest wskazana po ciężkostrawnym posiłku. To jednak nie wszystko. Mięta, podobnie jak melisa, koi nerwy, redukuje napięcie i pozytywnie wpływa na osoby borykające się z bezsennością, a nawet migreną. Mięta ma bowiem zbawienny wpływ na nasz układ nerwowy. To niepozorne ziółko działa także przeciwzapalnie, dlatego może być z powodzeniem stosowane zewnętrznie. 
        Dzięki obecności na targach zdrowia w Krakowie odkryłam gojnik. Gojnik zwany także herbatą górską. Gojnik zakupiłyśmy z mamą na stoisku od rodowitych Greków, którzy mieli także dziko rosnący czystek (jestem nim zachwycona, jest tak grubo cięty, że kwiatuszki są dosłownie w całości...) oraz wiele innych, odurzających zapachem certyfikowanych ziół. Gojnik to niezwykle wzmacniające zioło, które działa niczym energetyczna bomba. Gojnik pomaga uporać się ze zmęczeniem, a dzięki dużej zawartości żelaza zwalcza chroniczną apatię i pomaga w walce z anemią. Doskonale wpływa na układ odpornościowy, usuwa z organizmu toksyny, jest naturalnym przeciwutleniaczem dlatego całościowo wzmacnia naszą kondycję. Gojnik piję w chwilach osłabienia, gdy jestem niewyspana i zmęczona lub czuję, że rozkłada mnie przeziębienie. Warto polecić go także osobom starszym i dojrzałym, gdyż reguluje ciśnienie krwi i wspomaga układ krwionośny.
        Ziół wartych regularnego zaparzenia jest cała masa. Jeśli chcesz wzmocnić włosy, skórę i paznokcie warto zastosować trzymiesięczną kurację skrzypo-pokrzywą. Napar ze skrzypu i pokrzywy dzięki dużej zawartości krzemu przyspieszy porost włosów i sprawi, że paznokcie staną się nie do zdarcia. Morwa natomiast zahamuje apetyt na słodycze i pomoże wyregulować poziom cukru we krwi.
        Warto sięgać po zioła: między posiłkami, po posiłkach, w stanach osłabienia czy podczas zatrucia. Należy jednak pamiętać, że zioła stosowane długoytwale bez żadnych przerw mogą mieć skutki uboczne.
zioła które warto pić



6/01/2016

Czy wiesz co martwi Twoje dziecko?

Czy wiesz co martwi Twoje dziecko?
        Celebracja czasu to najpiękniejszy prezent jaki możemy ofiarować dziecku. Pisałam już o tym, że wszechobecny konsumpcjonizm i brak czasu sprawiają, że dzieci mają już wszystko. Wszystko, co materialne, co można kupić albo zorganizować z pomocą osób trzecich i nakładów finansowych. Pisałam o tym, że zajęcia dodatkowe dla dzieci zastąpiły już nie tylko instytucję niani czy dziadków, ale nawet rodziców. Dziś mamy 1 czerwca- Dzień Dziecka. Internet aż huczy od propozycji prezentów jakie możemy ofiarować z tej okazji. Zawsze w końcu znajdzie się coś, czego nie ma nasza pociecha. Brak miejsca? Nie szkodzi, kilka zabawek można wynieść na strych albo do piwnicy. Liczy się gest, chwilowa uciecha, zaspokojenie nieustającej potrzeby posiadania.
        Prezenty nie są złe, każdy lubi dostawać upominki, a my- rodzice- wręcz kochamy dawać. Uśmiech dziecka, euforia wywołana naszym drobnym gestem wprawia w stan radości większy, niż gdy otrzymujemy złotą kolię od partnera. Lubimy uszczęśliwiać nasze dzieci i nie ma w tym nic dziwnego. Dziwnym byłoby gdybyśmy nie chcieli zasypywać dzieci gwiazdkami z nieba, tylko czas odpowiedzieć sobie na pytanie czy w XXI wieku gwiazdką z nieba jest kolejna lalka, nowszy model rowerka, następna gra na x-boxa?
        Mam wrażenie, że najtrudniejszym do ofiarowania obecnie prezentem jest czas. Czas ciągle pędzi: robimy coraz więcej, a coraz mniej jest tego widocznych efektów. Czas przecieka przez palce: wracamy z pracy i pochłania nas kuchnia, choć to oczywiście optymistyczna wersja, bo odnoszę wrażenie, że większość mam pochłania fejsbuk i fora dla mam. Każdy potrzebuje czasu dla siebie, ale zakładając rodzinę powinniśmy mieć świadomość, że "dla siebie" będzie odtąd oznaczać "w zgodzie z resztą domowników".
        Dzieci potrzebują nas. Nie chwilowo, nie w postaci zmaterializowanych marzeń o lalkach i tabletach, nie w postaci portfelika bez dna, który otwiera się za każdym razem, gdy nasze dziecko otwiera usta. Czas- sam na sam z dzieckiem- to najlepsze, co możemy mu ofiarować.
          Tkwi w tym jednak haczyk. Rodzicielstwo czasem nuży, męczy, czytając ten post może zapalić  Ci się lampka w głowie: "zabiorę dziecko do Zoo, albo do ukochanej cioci", "pójdziemy na lody", "pojedziemy do kulek". To kolejny prezent, który "zajmuje dziecko", oczywiście mniej materialny i bardziej wartościowy, ale też mniej jest w nim Ciebie. Gdy dziecko biegając z rówieśnikami zajada czwartą gałkę lodów, Ty znów przeglądasz smartfona, albo plotkujesz z koleżanką czy partnerem. To nie jest czas spędzony z dzieckiem. To niewinne, białe kłamstwo, które zwalnia od poczucia winy i daje ułudę wspólnie spędzonego czasu. Nie idź na łatwiznę. Weź dziecko za rękę i idźcie na spacer: nie do galerii, nie do kawiarenki, ale do zacisznego parku, "skażcie" się na wspólną nudę, wspólne milczenie, bo być może zaowocuje to wspaniałymi, głębokimi rozmowami, które umocnią Waszą relację. Czy Ty tak naprawdę wiesz co martwi Twoje dziecko, w co się bawi w przedszkolu, o czym rozmawia z kolegami? Nie od jego opiekunek, nie od niani, ale od Twojego własnego dziecka.
        Ja też dam dziś dziecku prezent: być może zabiorę córeczkę na lody, a być może do ZOO, być może nawet kupię jej zabawkę. Nie dyskredytuję tego. Ale wiem też, że jako mama, wypełniam swoją rolę najlepiej jak potrafię. Wiem, co smuci moje dziecko, wiem co ją martwi, każdego dnia rozmawiam z nią i chcę od niej usłyszeć wszystko, co zdarzyło się w przedszkolu, co ją trapi, cieszy, kogo lubi i z kim chce się bawić. Każdego wieczoru usypia zasłuchana w mój głos, gdy czytam jej bajki. Znam swoje dziecko, a moje dziecko doskonale zna mnie i wiem, że gdy idziemy na lody, to nie dlatego, że chcę mieć chwilę by przeglądać telefon, tylko po to, żeby pogapić się na moją córkę, która obserwuje jak roztopiony łakoć spływa jej po sukience. Wspaniałego Dnia Dziecka kochani rodzice :).


Delikatna zapowiedź letniej kolekcji dziewczęcej Monello, którą niedługo Wam zaprezentujemy w całej okazałości ;):




Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger