7/30/2014

Wybory nie z w wyboru...

Wybory nie z w wyboru...
       Od ponad trzech lat jestem mężatką, to zbyt krótki staż żeby wypowiadać się na temat małżeństwa. Nie mogę powiedzieć ani na czym ono polega, ani co się z nim do końca wiąże, bo nadal, wraz z mężem jesteśmy na etapie uczenia się czym to całe małżeństwo jest. Nie jestem pewna czy za 50 lat, będę komukolwiek w stanie powiedzieć czym małżeństwo jest, ani czy będę znała złotą receptę na udany związek, tego nie wiem. Wiem jedno, wciąż się uczymy, wciąż wszystko jest świeże.
         Większość moich koleżanek to singielki, niestety z reguły nie z wyboru. Każda po cichu (lub nie po cichu ;) marzy o znalezieniu drugiej połówki i założeniu rodziny. Gdy tak na nie zerkam w mojej głowie rodzi się pytanie: "ale po co im to wszystko?". Po co wolnej, niezależnej kobiecie, która ma pracę, mieszka w dużym mieście, może przebierać w facetach, chłop do opierania, gary, syf i malutkie, płaczące dziecko? Patrzę na te moje zadbane, spełnione koleżanki i zastanawiam się czemu im czegoś brakuje, czemu nie korzystają z życia? Nie musiałam żadnej o to pytać. Wszystkie czują się piekielnie samotne, żadna nie ma już ani siły, ani ochoty żeby szaleć po klubach i co chwilę flirtować z nowym facetem. Mają stabilną pracę, karierę, stabilne życie, ale nie mają poczucia stabilizacji. 
        I jak to jest, że ja patrzę na nie z zazdrością, bo mają pracę, ciekawe życie w dużym mieście, są spełnione, pięknie ubrane i umalowane, a one patrzą na mnie i mówią, że chciałaby mieć taką rodzinę jak ja? Czy każda z nas chce aż tak wiele? Czy godne życie, dobra praca, dach nad głową i szczęśliwa rodzina to w Polsce taki luksus? Niestety okazuje się, że tak. Mnie jest ciężko znaleźć pracę, bo mam dziecko. Ba, ciężko to lekko powiedziane, ja jej po prostu nie mogę znaleźć w ogóle, tutaj, gdzie mieszkam... Moim koleżankom ciężko jest znaleźć partnera, bo jak się już rozpocznie karierę, to w Polsce praca pochłania całe życie: czasem przez korki, czasem przez wymagającego szefa, czasem przez mało elastyczny grafik, czasem przez bycie na każde zawołanie tylko po to, by dostać skarb tych czasów, czyli umowę o pracę. Niektóre z nas mają cudowną rodzinę, ale są na garnuszku męża- jak ja. Inne mają cudowną pracę, ale taką że na nic je nie stać, a poświęcają się jej bez granic. Jeszcze inne nie mają ani dobrego faceta, ani dobrej pracy, są na utrzymaniu rodziców i do tego są bardzo samotne. Czy o takich kobietach można powiedzieć, że mają wszystko? Że mają super życie, a czegoś im jeszcze brakuje? 
          Dlaczego kobietom, tak oczytanym, interesującym się wieloma rzeczami, będącym na bieżąco z kulturą, sztuką, polityką, wykształconym, inteligentnym jest tak ciężko? Czemu mężczyzna może mieć jednocześnie dobrą pracę i dziecko, a kobieta musi wybierać między jednym i drugim? Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze tak jest, nie w każdym przypadku, ale młodym osobom, młodym kobietom w Polsce jest po prostu ciężko. Po studiach stają przed wyborem (czasem nie mają go w ogóle, wiem) rodzina czy kariera i od tego wyboru zależy ich całe, dalsze życie. Mężczyznom nikt nie każe wybierać, nikt nie pyta czy zamierzają mieć dziecko lub czy je mają. U nas, w Polsce, to że matka zajmuje się dzieckiem i domem jest tak naturalne jak potrzeby fizjologiczne. Ale czy słusznie?

Melania ma na sobie:
kapelusik- outlet (16 zł)
sukieneczka- po koleżance (lupilu)
sandałki- badoxx









7/29/2014

Czy dużo znaczy dobrze?

Czy dużo znaczy dobrze?
Pogoda ostatnio jest bardzo, bardzo kapryśna. Rano było duszno i pochmurno, popołudniu wyszło słońce i niemiłosiernie grzało, wieczorem grzmiała burza a ulewa jest była silna, że nie widać było co jest za oknem. Teraz jest pogodnie, rześko, przyjemnie...
W taką pogodę wypada być tylko singlem. Gdy słońce grzeje można biec na leżak i smażyć się do upadłego, gdy po chwili leje deszcz można iść z koleżanką do kina albo na kawę, gdy jest zimno można spędzać długie wieczory z książką w ręku i sączyć ciepłą herbatę. Nikt nie szarpie za rękę, nikt nie nudzi, nie prosi, nie krzyczy... choć w tych czasach dzieci nie cierpią z powodu braku zabawek, to dziwnym trafem w wolnym czasie nie mają co robić. Kiedy na dworze pogoda dopisuje- problemu nie ma, ale gdy o wyjściu na plac zabaw nie ma mowy problem powstaje.
Można powiedzieć, że zabaw jest tysiące i widocznie jestem zbyt mało kreatywną mamą, ale tu nie o moją kreatywność chodzić powinno...
Bawię się z córką w różne zabawy, staram się zapełniać jej czas, ale czasem fizycznie nie mam możliwości bawić się z nią i ogarniać domu. Doszłam do wprawy z wieloma rzeczami i potrafię sporo rzeczy robić naraz, ale siekać cebuli i układać puzzli jednocześnie jeszcze nie opanowałam.
Czasem, z braku laku, zapraszaliśmy jej koleżanki, ale nie zawsze rodzice mają ochotę na gości, jeśli rozumiecie o co mi chodzi ;) i też nie zawsze goście mają ochotę na wizytę.
Wydawać by się mogło, że w tych czasach dzieci nie mają powodu do nudy. Zabawek nie brakuje, sposobów na spędzanie wolnego czasu jest milion. Dlaczego więc dzieciaki nadal nie potrafią same zorganizować sobie czasu?
Dziś mieliśmy małego gościa i na podsumowanie mojego "wywodu" zacytuję słowa 3-latki: "dlaczego Mela ma tak mało zabawek?".
No właśnie mało czy jednak nie do końca? Ile zabawek powinna mieć 3-latka żeby się nie nudzić? Ile zabawek potrzeba takiemu dziecka do szczęścia? Czy ilość zabawek przekłada się choćby w najmniejszej mierze na jakość zabawy i kreatywność naszej pociechy? Nigdy nie chciałam więzić dziecka w pokoju upstrzonym zabawkami jak stragan na jarmarku. Większość zabawek ma "używanych", po rodzinie lub dostała od babć i dziadków. My do tej pory dawaliśmy jej kreatywne zabawki, krówkę do skakania i misia oraz lalkę z lumpeksu. Tyle. Mela ma swoją szafeczkę z zabawkami, gdzie trzymamy też puzzle i książeczki oraz mały kącik w salonie (nie ma niestety swojego pokoju) gdzie jest jej wózeczek i łóżeczko dla lali. Co jakiś czas robimy wymianę zabawek, czyli przynosimy z piwnicy te zapomniane, a te z szafeczki chowamy. Uważam, że to jej w zupełności wystarczy i nie zauważyłam żeby na tej "małej" ilości zabawek ucierpiała kreatywność, pomysłowość czy inteligencja mojego dziecka. Wiadomo, we wszystkim trzeba zachować umiar. Aurea mediocritas.
Zabawki nie kupią dziecku ani szczęścia, ani pomysłowości, nie zabiją nudy, nie poprawią jego samooceny. Zabawki są dobrym dodatkiem, są środkiem, a nie celem.

Melania ma na sobie:
żakiet- pepco (prezent od babci)
legginsy- pepco (prezent od babci)
tuniczka- second hand
kalosze- sklep z butami w Żywcu (kupione jeszcze w zeszłym roku "na wyrost", jak widać nie do zdarcia)









I nasza dzisiejsza zabawa (w przerwie między jednym, a drugim wyjściem na plac zabaw) czyli południowa herbatka z mlekiem. Wszystko prawdziwe, wszystko realne, bez zabawek, a zabawy było co nie miara ;)


7/28/2014

Diniedziela czyli niedziela w Dinozatorlandzie

Diniedziela czyli niedziela w Dinozatorlandzie
       Choć wczoraj było upalnie, parno i piekielnie słonecznie, i choć pogoda była idealna by dzień spędzić nad jeziorem w towarzystwie przyjemnego chłodu wody, rowerków wodnych i grilla, moi domownicy zdecydowali inaczej. Marzy mi się od trzech lat mieszkania w Żywcu cały leniwy dzień nad jeziorem, pluskanie w wodzie, smażenie na kocu, grill, rowerek wodny i inne szaleństwa z córeczką, to jednak odkąd tu żyjemy zdołałam mojego męża nad jezioro wyciągnąć raz! Nic to!
       Ponieważ jakiś czas temu udało mi się upolować na Grouponie wspaniałą ofertę do Dinozatorlandu, wczoraj podjęto spontaniczną decyzję, wręcz na hura, by tam jechać. Miejsce jest wspaniałe, wymarzone na cały dzień z trzylatką, czterolatką, nawet kilkunastolatką... Park dinozaurów jest zrobiony na najwyższym poziomie (mamy porównanie tylko z Inwałdem, ale ten w Inwałdzie po prostu wymięka przy tym w Zatorze), w dodatku panuje tam tak przyjemny chłód, że aż żal było z niego wychodzić. W cenie gruoponowego biletu mieliśmy jednak nie tylko park dinozaurów. Był jeszcze super wyposażony lunapark, z którego mogliśmy korzystać do woli. Melcia jeździła więc z tatą na gokardach, bawiła się na kilku karuzelach, jeździła ciuchcią, szalała na trampolinach, dmuchanych zamkach i innych atrakcjach, przesympatyczna Pani wymalowała na jej buzi zeberkę tak jak sobie Melania zażyczyła. Gdyby nie upał pewnie siedzielibyśmy tak dużo dłużej, ale nasza mała zrobiła się w pewnym momencie strasznie zmęczona i po pięciu godzinach spędzonych w tym miejscu musieliśmy wracać.
      W cenę naszego biletu włączony był jeszcze seans w kinie 5D, duży popcorn i napój. Do kina weszliśmy wszyscy, bo Melcia miała wszędzie wejście za darmo z racji tego, że nie ukończyła 3 lat. Seans trwał 12 minut i był fantastyczny, ja w kinie 5D byłam pierwszy raz i było to dla mnie naprawdę ciekawe przeżycie. Do kina dostaliśmy dwa ogromne kubły pysznego popcornu, zdołaliśmy zjeść jeden, za to litrowy napój, jak się domyślacie był wczoraj jak jeden łyk. Na szczęście można było wnosić do parku własne wody i soki, więc nie było żadnych problemów ani niespodzianek.
      Dinozatorland polecam wszystkim z czystym sumieniem, może bilety standardowe nie należą do tanich, ale warto polować na okazje i odwiedzić to fantastyczne miejsce. Polecamy z Melanią.
Zator

Zator

Zator

Zator
Melcia modli się o darowanie życia ;)

Zator

Zator

Zator

Zator


Zator

Zator

Zator

Zator atrakcje



Wieczorem zahaczyliśmy jeszcze o Bielsko.


Melania ma na sobie:
bluzeczka w kropeczki- second hand
pastelowe bermudy- second hand
sandałki- badoxx

7/26/2014

Pogoda wreszcie zrobiła się iście letnia, lipcowa... Choć popołudnie trochę się zepsuło i na kilkadziesiąt minut chmury zasnuły całe niebo by niemiłosiernie zlać deszczem całą okolicę, wieczór zrobił się pogodny i z powrotem się ociepliło. Dzisiejszy dzień spędziliśmy dosyć intensywnie. Bardzo pod kątem kobiecym ;). Gdy ja byłam u fryzjera, moja córka szalała pod czujnym okiem męża w sali zabaw. Potem zrobiliśmy sobie spacer po bielskim centrum, mała długo biegała w fontannie, ale za naszą namową zrobiła sobie przerwę na świeżo wyciskany sok. Wróciliśmy do domu na obiadokolację: dziś raczyliśmy się pysznym spaghetti mojej roboty. Rozrywek jednak nigdy za dość, więc o 18 wyciągnęliśmy rowery i udaliśmy się na krótką przejażdżkę. Miło, zdrowo, razem.

Sukieneczka- second hand
Sandałki- badoxx
Korale- prezent od babci












 Miejsce, w którym dziś piliśmy kawę to Consonni. Ja skusiłam się jeszcze na pyszny torcik bezowo-porzeczkowy. Oboje z mężem zamowiliśmy nasze ukochane cappuccino, a Melcia wybrała sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Do każdej kawy dostaliśmy pyszne owsiane ciasteczko, które oczywiscie spałaszowala córa. Miejsce godne polecenia.
 Na początku siedzieliśmy w środku zachwyceni uroczym, stylowym wnętrzem, ale po naleganiach Melanii usiedliśmy na zewnątrz.

7/25/2014

Kukurydzianki

Kukurydzianki
Urodziłam się w małym mieście. Gdy byłam małą dziewczynką było małe i do tej pory niewiele się zmieniło, ale to miasto powiatowe i nie mogę powiedzieć, że wychowałam się na wsi. Mimo tego mam wiele wspomnień z okresu dzieciństwa związanych z wsią. We wczesnej podstawówce miałam koleżankę, która ze wsi pochodziła i co wakacje spędzała tam niemal dwa miesiące. Nie pamiętam jak często tam bywałam, bo było to dawno temu, ale pamiętam że nawet kilka razy tam spałam i wiele moich wakacyjnych wspomnień wiążę się z tym miejscem. Jej babcia miała niewielki domek zaraz obok mizernego strumyka, kury, kaczki, świnie i chyba jeszcze jakieś zwierzęta. Dom stał na wprost ulicy, ale otoczony był zielenią, pamiętam mikrosad, który ciężko nazwać sadem, ale zawsze był pięknie wykoszony, a niewielkie owocowe drzewka dawały przyjemny cień. Często tam się bawiliśmy w "orły i gołębie" i do dziś dnia nie wiem czy ta zabawa istnieje czy wymyślili ją koleżanki i koledzy mojej koleżanki u której bywałam. Pamiętam, że chodziłyśmy czasem z jej tatą "w pole" (jej rodzice raczej tam nie bywali, bo mieszkali i pracowali w mieście), biegałyśmy wśród łanów zbóż. Raz dorwałyśmy jakieś dziko rosnące jeżyny i "pomalowałyśmy" się nimi. Wracałyśmy dumne z fioletowymi policzkami, powiekami i ustami a jej tata nastraszył nas, że to raczej łatwo nie zejdzie. Niestety miał rację ;). Często chodziłyśmy też na pola kukurydzy kraść "kukurydzianki". Kukurydzianki to były niedojrzałe kolby, z których wyrastały jakby włosy, były ciemne i jasne, wybierałyśmy sobie takie kolby jakie chciałyśmy mieć "lalki". Potem je czesałyśmy, albo podcinałyśmy im te "włoski" i bawiłyśmy się nimi jak lalkami. To był cudowny, beztroski okres. Jaka szkoda, że tak mało się z tamtych czasów pamięta, a większość wspomnień jest mglista i wyrywkowa...
Bardzo chciałabym żeby moja córka miała w pełni szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo, żeby miała same dobre wspomnienia. Gdy myślę jak ono by mogło wyglądać od razu wykluczam z nich drogie lalki czy komputer, ale kto powiedział które dzieciństwo jest gorsze? I czy w ogóle dzieciństwo, w którym nie ma przemocy może być złe? Wiadomo, ze dziecko smagane wiatrem i słońcem jest zdrowsze fizycznie i śmiem zaryzykować, że i psychicznie, od tego smaganego jonami dodatnimi, ale które z tych dzieci jest szczęśliwsze? Ciężko mi odpowiedzieć. Jest mi smutno, że place zabaw są teraz puste, a dzieci już od najmłodszych lat pocą się nie na rowerach czy skakance ale przy x-boxie, ale ja jako jednostka nie mam na to wpływu. Nie mogę też arbitralnie osądzić co jest złe, a co dobre. To pokaże czas. Nie chciałabym dla mojej córki dzieciństwa spędzonego za ekranem komputera, wolałabym żeby biegała na placu zabaw, jeździła na rowerze, grała z koleżankami w gumę, bawiła się w podchody. 
Po 26 latach spędzonych na tym padole ;) wiem, że sama świata nie zmienię. Z jednej strony słyszę zewsząd narzekania, że teraz każdy jest samotny i żyje w pędzie, że nikt nie ma czasu się spotkać, ale Ci którzy narzekają niewiele w tym kierunku robią. I gdy patrzę na młodzież, która żyje w nierealnej rzeczywistości Facebooka czy Twitera, buduje swoje przekonania, wręcz całe swoje życie na iluzji i nieprawdzie jest mi bardzo przykro. Nie pozna się nikogo poprzez internetowy komunikator, nie wyczyta się prawdy ze zdjęć dodanych do albumu na portalu społecznościowym, nie można wierzyć w coś co jest iluzją, nie można budować na tym swojej tożsamości, więc czemu tak się dzieje? Czemu ta młodzież, która cierpi z powodu samotności, dalej żyje w swoich czterech ścianach bombardowana kłamstwami płynącymi ze szklanego ekranu? Czemu dzieci zamiast biegać gromadą w polu kukurydzy wolą teraz siedzieć samotnie przed x-boxem? Czemu jestem sama z dzieckiem na placu zabaw, pomimo że na osiedlu na którym mieszkam nie jestem jedyną matką?
W pojedynkę świata nie zmienię, ale wystarczy, że znajdę jedną osobę, która myśli tak jak ja, by wspólnie coś zdziałać. 
Post ten dedykuję osobie, która jest bardzo, bardzo samotna i czasem gubi się w szklanej iluzji komputera. Czasem potrzeba wiele lat by znaleźć kogoś, kto myśli podobnie jak Ty, trzeba tylko cierpliwie czekać i cierpliwie szukać ;). Mnie się udało, Tobie też się uda.








Melania ma na sobie:

sukieneczka- second hand, 2 złote
buciki- badoxx


Ten kawałek sernika miętowo-czekoladowego przesyłam ze specjalną dedykacją dla mojego taty ;)

Przepis pochodzi ze strony:
http://www.mojewypieki.com/przepis/sernik-mietowy-z-czekolada
Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger