8/26/2014

Concubinage, concubinato, concubinaat... i wiele hałasu

Concubinage, concubinato, concubinaat... i wiele hałasu
        Będąc ostatnio w towarzystwie użyłam słowa konkubina. Zdaję sobie sprawę, że mogłam zastąpić to słowo mniej kontrowersyjnym choć niosącym ten sam przekaz słowem partnerka czy towarzyszka życiowa, ale zwyczajnie nie pomyślałam, bo nie mówiłam o nikim konkretnym. I choć właśnie o nikim konkretnym nie mówiłam (to była luźna uwaga w odpowiedzi na stwierdzenie znajomego, że żona musi być dobra, odpowiedziałam, że i konkubina i dziewczyna- każdy powinien być), słowo nagle to obudziło delikatne poruszenie. 
         Z jednej strony może ono wywoływać negatywne konotacje (swoją drogą dlaczego tak wiele przestępstw wobec dzieci popełniają konkubenci :/?), ale z drugiej jest to formalna, prawna nazwa i nie możemy przestać nazywać rzeczy, tylko dlatego że tą nazwę pierwszy usłyszeliśmy w pejoratywnym kontekście. Ludzie mają okropną tendencję do generalizowania i tak np. jeśli znamy trzy Zuzie i trzy są lekkomyślne i szalone, to poznając kolejną od razu mamy wyrobione o niej zdanie (nie wiedzieć czemu) i nie chcemy dać tak na imię córce, bo Zuzie są przecież takie i takie. Bzdura! Jeśli całe życie miałoby się opierać na takim generalizowaniu to po głębszym zastanowieniu wszystko ma pewne negatywne konotacje. Zawód nauczyciela- przykład: miałam wspaniałych nauczycieli, ale jeden był straszny i mnie bił. Wniosek? Nauczyciele są straszni i biją. Prawdziwy? Z takich bzdurnych wniosków biorą się bzdurne i krzywdzące stereotypy, w które ludzie wierzą np. że kobiety są złymi kierowcami, albo że mężczyźni są bardziej uzdolnieni matematycznie itd. itp. 
       Podczas wspomnianej rozmowy znajomy zaczął zastanawiać się nad etymologią słowa konkubinat. Nie byłabym sobą gdybym nie sprawdziła. 
"Słowo konkubinat wprawdzie pochodzi od łacińskiego concubare, czyli 'leżeć ze sobą', co wskazywałoby na bliskie skojarzenia z obcowaniem płciowym, ale w naszej terminologii prawnej (a także, jak sądzę, w codziennym użyciu) istotniejszym jest sam fakt mieszkania razem, prowadzenia wspólnego gospodarstwa itp. Zazwyczaj powodem takiej sytuacji, albo przynajmniej istotnym jej składnikiem, jest właśnie intymne pożycie, ale moim zdaniem nie jest to warunek konieczny. Określiłbym tak np. także pary sędziwe, pary osób, z których jedna jest dotknięta trwałym kalectwem, uniemożliwiajacym stosunki seksualne, a także pary, których seks po prostu nie interesuje. Dodać należy, że dziś w polszczyźnie jest to słowo często (niestety) występujące w negatywnym (także kryminalnym) kontekście, przez co nabrało i samo skojarzeń negatywnych."
żródło: http://poradnia.pwn.pl/lista.php?id=3098
      Konkubinat, wolny związek, związek partnerski- to wszystko oznacza to samo, czy nazwa jest więc taka istotna? I jeśli jest to dlaczego akurat w tym przypadku wzbudza ona tak wiele emocji? Mnie się nie podoba nazwa żona, ale przecież jestem żoną, nie przepadam za moim imieniem, ale to moje imię - ono mnie określa, wyróżnia, definiuje, nie zmieniłabym go, bo dała mi je mama. Takich przykładów możemy wymieniać tysiące. Prawdopodobnie będę używać tego słowa, tego strasznego słowa: konkubinat; ja pogodziłam się przecież z tym, że mnie też ktoś jakoś nazywa i choć może mi się to nie podobać, to tylko nazwa. Słowo żona mnie nie tworzy, nazywa tylko rolę społeczną, ale w żaden, nawet najmniejszy sposób, nie pokazuje jak tą rolę wypełniam.








Zdjęcia zrobione już w Żywcu. Urlop Melanii, jak widać, dobiegł końca.

Melania ma na sobie:
kurtka parka- po koleżance (pozdrawiamy Marysię)
apaszka- po kuzynce (pozdrowienia dla Hani)
tuniko-bluzeczka- po kuzynce Hani
spodnie- po koleżance Marysi
trzewiki- emele

8/25/2014

We dwójkę inaczej...

We dwójkę inaczej...
      Wyjaśniam naszą nieobecność na blogu i brak postów. Bohaterka tego bloga- Melania miała pierwszy w swoim życiu urlop ;). Urlop, który spędzaliśmy z mężem w domku letniskowym u moich rodziców wraz z Melą i częściowo jej kuzynką Hanią szybko dobiegł końca, ale Melcia nie chciała wracać i zażyczyła sobie jeszcze tydzień u moich rodziców. Babcia i dziadziuś są raczej odświętnym elementem dzieciństwa Melanii, a ponieważ mała jest wyraźnie złakniona rodziny, chętnie korzysta z opcji dłuższego pobycia z dziadkami. 
       My z mężem wróciliśmy więc na stare śmieci, a Melcia zrobiła sobie urlop- od rodziców, zdjęć, bloga i osiedlowej nudy. 
      Dzięki "łaskawości" moich rodziców, ja i mój mąż zaznaliśmy jak to jest być tylko we dwójkę w takim zwykłym, dorosłym życiu. Do tej pory tylko we dwójkę byliśmy na studiach, gdy prowadziliśmy raczej beztroskie życie, mieliśmy duże grono znajomych i mieszkaliśmy w Krakowie- mieście gdzie nie ma nudy!
      Te cztery i pół dnia, które spędziliśmy sami w Żywcu uświadomiły mi, że tak jak nie jest prosto być skazanym na ciągłe towarzystwo dziecka, gdy nie mamy zbyt częstej możliwości wyjść gdzieś sami czy po prostu w spokoju zjeść obiad, tak nie jest też takie proste bycie tylko we dwójkę. 
      Owszem, czas randek jest cudowny, ale tak jak przypuszczałam, mieszkanie razem i zwykła szara codzienność (praca, dom) to nie jest kolorowy i szalony czas. Obowiązki, brak czasu, brak odpowiedniej ilości pieniędzy, który zagwarantuje odpowiednią ilość rozrywek, wykruszające się grono znajomych sprawiają, że w życie dwojga wkrada się rutyna, lenistwo i nuda. 
       Cudownie było zjeść obiad bez pośpiechu, do kolacji wypić wino i obejrzeć film, a potem pójść spać tylko we dwójkę. Wspaniale było przygotować sushi bez wiszącej obok Melanii, a potem w spokoju delektować się posiłkiem, wyszliśmy sami na kawę i ciacho do nowo otwartego lokalu- bez pośpiechu, bez marudzenia, bez nerwów, tylko my i tylko dla nas, bez ustawiania wszystkiego pod Melanię. Ale... Już po pierwszym dniu odezwała się we mnie tęsknota, nie mówiąc o kolejnych... Z każdym dniem było ciężej, ciszej i smutniej. Nadrobiliśmy zaległości w byciu tylko razem i zrozumieliśmy, że nie ma to jak we trójkę. 
       Fajnie byłoby choć raz na dwa tygodnie pobyć cały dzień bez Meli. Pospać w którąś sobotę do południa, zjeść śniadanie w łóżku, pojechać do kina a potem na kolację i może nawet na imprezę ze znajomymi. Tego nam brakuje, owszem, ale co za dużo to nie zdrowo. Lepiej rzadziej korzystać z takich "wygód" i doceniać je mocniej, ale mieć przy sobie ten mały cud, który rozświetla uśmiechem każdy ponury dzień i sprawia, że zwlekanie się z łóżka ma w ogóle jakiś sens...







Zdjęcia pochodzą z krakowskiego Kazimierza: z kawiarni Absynt oraz z Placu Nowego, gdzie odbywał się koncert na dachu (rewelacja!).
Melania ma na sobie:
Sweterek- second hand (od babci)
Tunika- second hand
Legginsy- pepco (kolejny prezencik od babci)
Buty- emele

8/17/2014

W błogiej niepamięci

W błogiej niepamięci
       Czy syty jest w stanie zrozumieć głodnego? Niestety, technologia idzie do przodu, ludzie są coraz bardziej wykształceni i świadomi, ale to przysłowie nadal pozostaje prawdziwe.
      Dlaczego tak się dzieje, że choć mamy tylko odrobinę więcej to już to "odrobinę więcej" staje się barierą by zrozumieć drugiego człowieka? I dlaczego tak szybko zapominamy jak to było mieć mniej?
     Tak łatwo jest mówić komuś, że nie ma na co narzekać, jak łatwo jest samemu marudzić o wszystko. Z jednej strony gardzimy znajomymi którzy skarżą się na swój los, pomimo że wiemy że mają ciężej od nas, a z drugiej tak samo chętnie narzekamy i wciąż nam mało. Dlaczego tak trudno zrozumieć człowieka, który jest w podobnej sytuacji materialnej czy życiowej jak my byliśmy 10 lat temu? Nie pojmuję tego, że tak łatwo zapominamy i tak szybko przyzwyczajamy się do lepszego, stając się równocześnie nieczułymi na los naszych przyjaciół, rodziny, znajomych. Bardzo chciałabym nigdy taka nie być, pozostać w duszy tą Asią na dorobku, która każdy wydawany grosz musi kilka razy przemyśleć. Nie chcę być hipokrytką, która powie np. mojej przyszłej siostrzenicy czy siostrzeńcowi znajdującemu się w gorszej niż ja sytuacji, że nie ma na co narzekać, że ma swoisty luksus, bo zarabia 1200 zł choć nie jest w stanie wynająć mieszkania, a ja mam willę z oranżerią i basenem i mam problem, bo woda do basenu kosztuje kupę kasy... Tak łatwo jest zapomnieć jak to było, gdy było ciężej i tak szybko człowiek przyzwyczaja się do dobrego.
       Czy jest możliwe żebyśmy z czasem wzbogacali naszą osobowość nie zatracając jej jednocześnie? Czy jest możliwe "nadbudowywać" nad tym czym jesteśmy, jakimi jesteśmy i nie tracić tego kim byliśmy? Budowanie nowej osobowości na zgliszczach tego, kim byliśmy to czysta hipokryzja. Nie można zapominać o korzeniach, o przeszłości, o naszej mini historii, o tym co nas tworzyło i co czyni nas podobnymi do innych.












Sesja zrobiona w moim rodzinnym mieście- Miechowie w Bazylice Grobu Bożego i w przynależących do niej bliskich okolicach.
Melania ma na sobie:
suknia księżniczki- upolowana w second handzie przez babcię
rajstopki- po kuzynce (pozdrawiamy Hanię)
buciki- Pepco (od babci)

8/16/2014

Seks po dzieciach...

Seks po dzieciach...
         "Seks po dzieciach" czyli kanadyjski film o losach kilku par, których pożycie uległo zmianie po narodzinach dziecka. Mieliśmy niedawno okazję obejrzeć ten film, tylko we własnym towarzystwie, przy winie/piwie, serze i oliwkach. Wszystko dzięki babci, która zajęła się naszą Melcią kilka nocy z rzędu gdy my spędzaliśmy czas w domu letniskowym moich rodziców.
          Wracając jednak do tematu, film warty obejrzenia przez wszystkich którzy mają dzieci, którzy je planują i którzy ich nie chcą. Tak po prostu, żeby zweryfikować go z codziennością, ta prawdziwą.
Film nie "gadany", ale nie charakteryzuje się też wartką akcją thrillera, to raczej lekka komedia, trochę przesadzona i trochę prawdziwa. Na filmwebie zobaczyłam taki komentarz: "Film opowiada historie wielu różnych par starających się utrzymać swoje życie seksualne na wysokim poziomie, ale dzieci stanowią największą przeszkodę." Nie do końca się z nim zgadzam, ale myślę ze niektórzy tak ten film mogą odebrać. Uważam, że należy na ten obraz  patrzeć z przymrużeniem oka, bo zawiera w sobie szczyptę gorzkiej prawdy ale też niemało wyolbrzymienia. W filmie kluczem łóżkowych niepowodzeń jest zmęczenie i rutynowa codzienność wynikająca z przyjścia na świat potomka. Moim zdaniem, to nie dzieci zmieniają pożycie, ale szara codzienność, masa obowiązków i prawdziwa dorosłość z wszystkimi jej prawami i ciężarami, które są powodem tego, że pary nie wskakują do łóżka tak chętnie i często jak na początku znajomości, w okresie randek, fascynacji i braku zobowiązań. Jestem przekonana, że bezdzietne małżeństwa czy konkubinaty z wieloletnim stażem też nie uprawiają seksu tak jak zwykli robić to przez pierwsze miesiące bycia razem. Po prostu, według mnie, to naturalne że wszystko się zmienia, szczególnie w obliczu szarej codzienności. Oczywiste jest, że dzieci nie ułatwiają sprawy, ale nie oszukujmy się, nadal gro rodzin, nie tylko w Polsce, ma nieograniczony dostęp do zastępu dziadków, babć, ciotek i wujków, których wystarczy poprosić, by spędzić weekend czy wieczór, bez towarzystwa dziecka. My na taką pomoc możemy liczyć niezwykle rzadko, ale mamy płatną pomoc w postaci sali zabaw oraz zaprzyjaźnionej, młodej sąsiadki, którą nasza Melcia po prostu uwielbia. 
          Z czasem, w każdym związku, zakochanie zamienia się w miłość, żar namiętności lekko przygasa, przychodzą wspólne zobowiązania i nudna rzeczywistość, koronkowa bielizna zamienia się w gumowe rękawiczki i fartuszek, a śniadanie w łóżku na poranne bieganie z odkurzaczem. Nikt mnie nie przekona, że związek jest zupełnie niezmienny przez dwadzieścia czy trzydzieści lat. Nie wierzę w to, że przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, nawet bezdzietna para, uprawia dokładnie tak samo namiętny, częsty i ognisty seks jak wtedy gdy mieli dwadzieścia lat, że pragną siebie niezmiennie, zupełnie identycznie jak 15 lat temu. Rzeka płynie, nie twierdzę że związek zmienia się na gorsze, że mężczyzna zaczyna pragnąć innych kobiet, a kobieta tyje jak szalona i nagle przestaje się myć. Po prostu, czas zmienia wszystko, łącznie z nasza gospodarką hormonalną...










Zdjęcia pochodzą z Parku Miniatru, Parku Rozrywki i Parku Doświadczeń Fizycznych w Ogrodzieńcu. Miejsce dla dzieciaków wymarzone, przez nas znowu upolowane na grouponie. Kreację Melci pewnie pamiętacie.,
sukienka- Pepco
rajstopy- Calzedonia (outlet, 4 zł)
buciki- Pepco (od babci)
torebka- reserved

8/11/2014

Rodzinne małe podróże

Rodzinne małe podróże
      Zastanawiałam się ostatnio nad fenomenem imprez. Każdy powód, ostatnimi czasy, jest dobry by urządzić wspaniałą imprezę. Urodziny czy imieniny to już standard. Im huczniej i ciekawiej tym lepiej. To jednak za mało okazji. Wieczory panieńskie/ kawalerskie, rocznice ślubu, budowy domu, kupna mieszkania, urodziny dziecka lub dzieci, baby shower, impreza z okazji szczęśliwego porodu lub w ogóle porodu, bierzmowanie, awans, nawet rozwód, dosłownie wszystko.
     Wszystko stało się okazją, by zaprosić gości, może nawet wynająć salę, zorganizować catering. Część z wymienionych przeze mnie rzeczy jest pewnie dla Was tak oczywista, że nawet przez myśl by Wam nie przeszło, że z tej okazji można czegoś nie urządzić! Zgroza!
       Ale to nadal mało. Z komunii robi się teraz prawdziwe wesela, z wesel hollywoodzkie premiery, z chrzcin dawniejsze komunie. Okazja to już za mało. Ma być bogato, wystawnie, inaczej niż u kuzyna, lepiej niż u szwagierki.
        Czyżby w czasach gdy dzieci rodzi się mniej niż starszych ludzi umiera, nasze rodziny się powiększyły? Chyba nie o to jednak chodzi.
       Motywów takiego szukania okazji do okazji, wystawiania bankietów jak za carskiej Rosji jest wiele. Liczne rodziny- na pewno, ale czy tylko to jest powodem, że na komunii jest setka gości?Zastaw się, a postaw się to dewiza wielu osób i kolejny motyw zbrodni pod tytułem ogromna impreza z okazji braku okazji do świętowania.
      Myślę jednak, że dla wielu osób imprezy- huczne lub też zwykłe, skromne - jest to okazja do spotkania. Zostawmy teraz komunie, chrzciny i wesela. Przyjrzyjmy się np imieninom czy urodzinom naszych pociech, na których gośćmi jest 5 dzieci i z 12 dorosłych... Czy takie imprezy to nie przypadkiem okazja dla zabieganych, samotnych ludzi do spotkania bez okazji, ale jednak z niby okazji? Czy gdzieś tam pod kapiącym złotem nakryciem stołu, gdzieś za zasłoną okna z widokiem na morze nie kryje się głębsza potrzeba rozmowy? Nikt nie ma już czasu a może nawet chęci, żeby tak zwyczajnie odwiedzić czy zaprosić sąsiada, tak po prostu, na ciastko i herbatę. Ludzie niby sie nie potrzebują, podobno mają już wszystko. Ale może jednak nie do końca?
     Niedzielę spędziliśmy w Nowym Wiśniczu, a potem w Bochni. Towarzyszyła nam przesłodka kuzynka Melanii Hania.










Makieta zamku w Nowym Wiśniczu. Zamek jest bardzo ładnie zachowany, z zewnątrz na prawdę okazały. Wnętrza jeszcze nie do końca są zagospodarowane, ale wszystko powoli zmierza w dobrym kierunku. Niestety nie mieliśmy okazji zbyt długo słuchać Pani Przewodnik, która bardzo ciekawie opowiadała, ale dziewczynki, w szczególności księżniczka Melania, były już bardzo zniecierpliwione.


8/09/2014

A po obiedzie...

A po obiedzie...
      Czy może być milszy poobiedni deser niż pyszne ciasto, aromatyczna kawa i dobra książka? Dla mnie nie.
     Oprócz mody, jedną z moich pasji jest kuchnia. Od kilku lat gotowanie, pieczenie, próbowanie, wymyślanie, wąchanie, smakowanie są moim wytchnieniem, czymś co kocham, co sprawia mi radość, a jednocześnie mogę to ofiarować innym, i to dosłownie.
     Dziś prezentuję Wam lekki, nieco tylko słodki sernik. Serniki kocham, najbardziej te kremowe i bez rodzynek :). Na dzisiejszy deser przygotowałam sernik z jagodami i białą czekoladą.

Sernik z borówkami amerykańskimi i białą czekoladą: 


Składniki: (wszystkie w temperaturze pokojowej)
200 gram ulubionych herbatników
około 1/3 kostki masła lub margaryny
750 gram tłustego sera białego
250 gram mascarpone
5 jaj
budyń wanilinowy
pół szklanki cukru/ ksylitolu
300 gram śmietany kremówki
2 tabliczki białej czekolady
300-350 gram borówek

Ja mój sernik podałam z gorącą polewą zrobioną z gorzkiej czekolady rozpuszczonej w kremówce. Jeśli podoba Wam się taka opcja, zachęcam do takiego podania.


Najpierw kruszymy herbatniki na wiór, można blenderem, można tłuczkiem do mięsa, każdy ma swój sposób ;). Następnie łączymy z rozpuszczonym masłem/ margaryną. Wykładamy tak powstałym "ciastem" dno okrągłej formy i chowamy do lodówki.

W tym czasie podgrzewamy śmietanę i rozpuszczamy w niej obie czekolady, odstawiamy do przestudzenia. Ser, jaja, cukier oraz budyń ucieramy w mikserze, następnie dodajemy wystudzona śmietanę z czekoladą.
Wyciągamy schłodzony spód i równomiernie przykrywamy go umytymi borówkami, następnie wylewamy masę serową i wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Pieczemy około 80 minut.
Jak widać na zdjęciach mnie masa serowa niestety opadła... Widocznie za długo miksowałam masę serową ;).

Enjoy!






8/06/2014

Słodka rywalizacja

Słodka rywalizacja
          Dlaczego kobietom tak ciężko jest się wzajemnie akceptować? Dlaczego, przy pierwszym kontakcie, jeśli jesteś młodsza, szczuplejsza lub masz więcej pieniędzy (a to oznacza nic innego tylko lepsze ciuchy, fryzjera i kosmetyczkę) jesteś skazana na porażkę, na brak akceptacji ze strony tej "gorszej" kobiety. Kwestii urody nawet poruszać nie będę, po pierwsze to zależy od gustu, po drugie to zawsze czyni Cię przegraną w gronie kobiet, jeśli jesteś piękna, pewna siebie i masz powodzenie u płci przeciwnej. 
      Kiedyś przeczytałam, bodajże w "Charakterach", że kobiety instynktownie wybierają sobie na przyjaciółki te brzydsze od siebie. Tutaj podane były takie przykłady jak: jedna zawsze jest szczuplejsza lub ma dłuższe włosy (tak, nawet takie bzdety sprawiają, że kobieta może poczuć zazdrość) i tym podobne. 

          Oczywiście nie zgadzam się z tym, że każda kobieta rywalizuje, że każda jest zazdrosna
i znajomość zaczyna od "zbadania" rywalki. Na pewno istnieją przyjaźnie, szczere przyjaźnie, pomiędzy pięknymi i brzydkimi, chudymi i grubymi, niskimi i wysokimi, niezwykle wykształconymi i tymi niespełnionymi, pomiędzy tymi które mają dobrych mężów i tymi, których mężowie pozostawiają wiele do życzenia lub pomiędzy bogatymi a biednymi kobietami. Na pewno tak jest, ale jest też tak, że pomiędzy kobietami przyjaźnie z reguły są trudniejsze, mniej trwałe lub po prostu opierają się na słodkim szczebiotaniu, bezznaczącym plotkowaniu, takie na dobre, ale nie na złe. Na dobre zresztą też nie do końca, bo jak którejś wiedzie się lepiej to już jest to powód to złości, delikatnych uszczypliwości, aluzji, a może nawet przypadkowej 
kłótni..

         Niestety, mam odczucie, że w kobiecej naturze, drzemie taka silna samica, której jedynym celem jest usidlenie samca alfa i taka rywalizacja jest po prostu w genach większości bab. Chciałabym się mylić, uwierzcie, ale z moich obserwacji wynika niestety, że jeśli trafisz w grono kobiet od razu zostaniesz poddana lustracji, a twoim największym grzechem będzie młodość, uroda i witalność (to na co zwracają uwagę mężczyźni), a potem dobre wykształcenie, kariera i pieniądze (to już płynące z czystej kobiecej rywalizacji), a jeśli samice już tego samca dorwały to lustracji poddany zostanie Twój samiec, może nawet Twoja płodność i gromadka Twoich pociech (drogie mamy znacie pewnie te słynne pytania innych w stylu czy Twoje już chodzi, czy już mówi, czy sika na nocnik itd...). 

           Nikt mnie nie przekona, że grupa kumpelek np kasjerek będzie szczerze lubić koleżankę- sędzinę lub dentystkę, a piękna i młoda dziewczyna 20+ zostanie szczerze przyjęta do grona, czekających na lifting i liposukcję, kobiet 40+. Widzę też niestety, że takie "różnice" nie stanowią większego problemu dla mężczyzn. Przynajmniej dla większości. Na pewno istnieją mężczyźni zazdrośni, zawistni, plotkarze itd. Ja takich osobiście nie znam, znam za to paru takich u których delikatne uczucie zazdrości jest bardzo motywujące. Nie do bycia podłym, tylko do bycia lepszym- lepszym samcem w grupie swoich kumpli. Taki facet nie będzie obgadywał kolegi tylko weźmie się do roboty i coś z tą szpilą zazdrości, która go kłuje, zrobi. Kobieta w tym czasie, obrobi "lepszą" koleżankę, odbije jej męża lub napisze anonim do jej szefa. 
        Kochane kobietki, jeśli któraś to czytająca, posądza się o taką nikczemną zazdrość i zawiść, apeluję: przestań zwracać uwagę na młodszą siostrzenicę, bogatszą bratową, mądrzejszą siostrę, szczuplejszą przyjaciółkę czy idealną szefową, popatrz na siebie. Masz milion zalet, o których albo zapomniałaś albo wydają Ci się niewystarczające. Powalcz z kompleksami, zmobilizuj się do bycia lepszą, pokochaj siebie i pokochaj innych. Jesteś wspaniała, ale będziesz lepsza jak będziesz się cieszyć z tego co masz, bo życie jest jedno, a na wiele spraw nie masz wpływu i nigdy mieć nie będziesz.




Melania ma na sobie:
sweterek- po kuzynce (pozdrawiamy Hanię)
bluzeczkę- po koleżance (pozdrawiamy Marysię)
dżinsy- H&M za 30 zł
trampki- sklep z amerykańską odzieżą, 20 zł (niestety niedawno go zamknęli, nad czym bardzo ubolewamy)
opaska- od babci
Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger