10/31/2014

Co powinnaś mieć w domu by oddychać zdrowym powietrzem

Co powinnaś mieć w domu by oddychać zdrowym powietrzem
Dziś post o trzech rzeczach, które powinni mieć w domu przede wszystkim przyszli rodzice, ale także każdy z nas, kto chce chociaż w domu mieć zdrowe, świeże powietrze.

Po pierwsze kwiaty!
Tak, kwiaty doniczkowe służą nie tylko niewątpliwej ozdobie domu/mieszkania, ale przede wszystkim mają niezwykła moc oczyszczania powietrza. W sypialni każdej z nas powinien stać skrzydłokwiat. Ja mam ich kilka- wszystkie z jednego, gdyż rozrastają się u mnie błyskawicznie :) Skrzydłokwiat to śliczna, zielona, kwitnąca roślinka, która oczyszcza powietrze z toksyn znajdujących się m.in w dymie tytoniowym czyli z benzenu i formaldehydu oraz aceton. Co ważne, usuwa także alkohol, który np. znajduje się w naszych perfumach! Skrzydłokwiat produkuje tlen, przez co sprawia, że nas sen jest głęboki i ożywczy. Sama roślinka jest, moim zdaniem, łatwa w uprawie. Potrzebuje dużo wody i nie lubi bezpośredniego nasłonecznienia. Tak o niego dbam a on pięknie mi się odwdzięcza. Podobne właściwości ma banalnie prosta w uprawie dracena. Oczyszcza ona powietrze nie tylko z formaldehydu i benzenu, ale także tlenku węgla (czad), toluenu i trójchloroetylenu, zwalcza bakterie. Odmiany dracen, które najlepiej oczyszczają powietrze to dracena wonna, dracena obrzeżona (jestem w posiadaniu właśnie tej) oraz dracena deremeńska. Kolejnym kwiatem, który posiadam i którego łatwość uprawy mogę potiwerdzić to filodendron. Oczyszcza on powietrze w naszym mieszkaniu z wymienionych uprzednio benzenu oraz formaldehydu oraz amoniaku. Jest łatwy w pielęgnacji i ślicznie się rozrasta, z pomocą różnych drabinek czy kokosowych pałek możemy z nich stworzyć prześliczne ozdoby parapetu. Pomocne w oczyszczaniu powietrza są również storczykowate. To ważna informacja- bo są one nie tylko piękne, ale mają moc neutralizowania szkodliwego promieniowania emitowanego przez komputery czy telewizory. Ja storczyki mam właśnie w "salonie". 

Po drugie nawilżanie!
My dostaliśmy profesjonalny nawilżasz powietrza. To ważne gdy mieszka się, tak jak my, w bloku. W blokach powietrze jest z reguły suche, a to powoduje nie tylko wpływa źle na stan naszej skóry, ale przede wszystkim na zdrowie, powodując przesuszenie śluzówek, katar i w końcu podrażnienie dróg oddechowych. Jeśli nie macie funduszy na taki nawilżacz dobrym pomysłem jest wieszanie na kaloryferach wilgotnych ręczników czy np. suszenie prania w mieszkaniu (ja tak robię, bo nie mam innej możliwości, ale dzięki temu zimą powietrze nie jest takie suche). Nie polecam kupowania ceramicznych pojemników, które napełnia się wodą i wiesza na ogrzewaniach. Z reguły większość ogranicza się do uzupełniania wody w tych nawilżaczach i zapomina o ich regularnych myciu, w rezultacie rozwija się tam pleśń, a przecież nie chodzi o to żeby wdychać grzyby.

Po trzecie farelka!
Nie mam na myśli dogrzewania mieszkania, żeby było w nim 25 stopni Celsjusza. Jestem za tym żeby utrzymywać temperaturę w naszym pomieszczeniach na poziomie 20-21 stopni. Jednakże gdy rodzi się maluszek w pewnych chwilach musi być cieplej. W jakich? Podczas kąpieli. Nie ma sensu podkręcać grzejników i utrzymywać w domu temperaturę 25 stopni. Byłoby to szkodliwe dla zdrowia maluszka i całej rodziny. Lepiej jest utrzymywać temperaturę na optymalnym poziomie i tylko podczas kąpieli dogrzać pomieszczenie, w którym kąpiemy maluszka. My dostaliśmy właśnie taką radę, gdy urodziła się Melcia i tak robiliśmy przez kilka pierwszych miesięcy jej życia. Potem farelka poszła w kąt i zaczęło się hartowanie ;).

A teraz trochę z innej beczki...
Moje pierwsze dzieło spod maszyny do szycia! Jakiś czas temu, będąc u teściów, wykorzystałam fakt, że teściowa ma maszynę do szycia, złapałam śmieszny podkoszulek męża, białą kredę, nożyczki i bez formy czy wykroju uszyłam tako o to sukieneczkę dla Melci. Po zmierzeniu, okazało się, że jest to rozmiar mniej więcej 104 i poczeka jeszcze na nią do wiosny, ale dla mnie efekt jest świetny. Jest dokładnie taka jaką chciałam (może dół odrobinkę krzywy), ale biorąc pod uwagę, że maszynę miałam w ręku pierwszy raz i uszyłam ją bez formy w ciągu kilkudziesięciu minut to chyba nie jest źle. No muszę przyznać tutaj, że koronkę do rękawków wszywała mi teściowa, ale całą resztę z ręką na sercu zrobiłam sama :)






10/29/2014

Seler naciowy- sekret pięknej skóry i zgrabnej sylwetki

Seler naciowy- sekret pięknej skóry i zgrabnej sylwetki
Soki owocowe to zabójcy szkliwa naszych zębów oraz niepotrzebny cukier, syrop glukozowo- fruktozowy czy inne dodatki, czasem gorsze czasem lepsze- w zależności od jakości wybranego przez nas soku. U nas w domu nie kupuje się soków w żadnej formie. Wiadomo, czasem, na spacerze, ulegamy prośbom Melci, ale z reguły zawsze mamy ze sobą bidon z własnej produkcji napojem.
Polegamy głównie na wodzie z miodem i cytryną oraz wodzie z sokiem malinowym lub jeżynowym babcinej produkcji. Takie preferuje Melania, a co lubię ja?
Nieczęsto, ale jak najdzie mnie ochota sprawiam sobie do śniadania gęste, odżywcze koktajle. Dziś zaproponuję Wam prawdziwą witaminową bombę.

Do mojego koktajlu wykorzystałam (1 porcja!):

2 gałązki selera naciowego
2 mandarynki
1 banana
1/4 pęczka natki pietruszki

Wszystko zmiksowałam/zblendowałam i gotowe. Co ważne- takiego koktajlu nie trzeba dosładzać, bo dodatek banana sprawia że napój jest słodki.

Czym wyróżnia się mój napój?
Seler naciowy- baza mojego koktajlu- to jeden z ulubionych składników diety pięknych i sławnych ;). Jest wyjątkowo mało kaloryczny, ma niski indeks glikemiczny i sporą zawartość błonnika. Seler naciowy ma właściwości odtruwające i oczyszczające organizm, Seler naciowy zawiera mnóstwo witaminy C oraz witaminy A, PP i z grupy B oraz takie mikroelementy jak wapń, potas, magnez, mangan, żelazo. Seler naciowy zwalcza obrzęki, nawilża naszą skórę, wzmacnia odporność.
Natomiast natka pietruszki to kolejne bogactwo witaminy C, witaminy A, soli mineralnych i żelaza. Natka wzmacnia odporność, pozytywnie wpływa na proces trawienia, dobrze wpływa na problemy z miesiączką, cerą czy choroby układu moczowego. Banan to źródło potasu i magnezu- pierwiastków którym brakuje zestresowanym i zapracowanym i choć jest kaloryczny warto pamiętać, że zawiera sporo błonnika. Mandarynki podobnie jak seler naciowy i natka to źródło antyutleniaczy, które hamują działanie wolnych rodników.

Warto od czasu do czasu przygotować sobie taki pyszny koktajl, który zastąpi niejedną kosmetyczkę, dietetyka i siłownię. :) Dajcie znać czy Wam smakowało!





10/28/2014

Liebster Blog Award

Liebster Blog Award

Dostałam nominację do Liebster Blog Award i nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy i skrycie już jakiś czas marzyłam o tym wyróżnieniu. Nominację otrzymałam od Justyny. Za co bardzo jej dziękuję. Czym jest Liebster Blog Award?

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Pora przejść do meritum, czyli odpowiedzi na pytania :)

1. Psy czy koty

Dal mnie wybór jest prosty. Psy. Dlaczego? Bo to najwierniejsze i najbardziej bezinteresowne stworzenia na ziemi. Chyba na nikigo, prócz rodziców, nie można tak liczyć jak na psa. Co do kotów, no cóż, skoro kot potrafi zjeść martwego właściciela, to ja wolę z kotami nie mieć do czynienia ;).

2. Książki czy e-booki

Jestem raczej staroświecka, choć w tym wypadku wybór nie ma "staroświeckich" motywacji. Mianowicie: ja po prostu uwielbiam dotykać książek, wąchać je, trzymać je w dłoniach. Uważam, że są piękne. Zawsze interesuje mnie wygląd okładki, jej faktura, kolor stron, czcionka, no i ten zapach. Podobają mi się półki pełne książek i sama powoli kompletuję naszą, małą, rodzinną biblioteczkę.

3. Lato czy zima

Ogólnie rzecz biorąc jestem ogromną zwolenniczką czterech pór roku- każda ma w sobie magię, coś niepowtarzalnego, coś za czym bym tęskniła. Jeśli jednak mam dokonać wyboru, stawiam oczywiście na lato, kocham upały (dla mnie niestraszne są nawet najwyższe temperatury), jestem zmarzluchem, uwielbiam gdy świeci słońce i gdy wszystko jest zielone.

4. Szpilki czy baleriny

Jako niemobilna mama trzylatki od pewnego czasu chodzę w zasadzie tylko w sportowych butach, chociaż przed urodzeniem córy nie uznawałam sportowego obuwia. Chodziłam i w balerinach i w szpilkach, ale chyba jak każda kobieta stawiam na szpilki. To symbol kobiecości, a noga na obcasach wygląda dużo zgrabniej. Poza tym mam tylko 163 cm wzrostu, więc szpilki zwyczajnie mi pasują ;)

5. Pizza czy makaron

Zdecydowanie makaron. Zarówno i jedno i drugie jemy tylko domowej roboty i z tym co lubimy, ale dla mnie makaronu nawet najlepsza pizza nie przebije. Makaron można jeść na tysiąc sposobów, ponadto jest taką bazą do obiadów na szybko (wiadomo- są skomplikowane przepisy, które lubię i robię, ale cenię sobie jednak te szybkie ;). My jadamy ten pełnoziarnisty, a mój ulubiony to penne i tagliatelle.

6. Nauki ścisłe czy humanistyczne

Humanistyczne. Mam duże zacięcie do języków i taki dar do szybkiego się ich uczenia. W liceum chodziłam do klasy humanistycznej i na studia również postawiłam humanistyczne. Swojego czasu bardzo interesowałam się filozofia, psychologią i historią sztuki, także jestem 100% humanistką.

7. Film czy książka

Książka. Zawsze wolałam książki i już chyba tak pozostanie. Oczywiście lubię oglądać filmy i odkąd mam córę, dużo częściej wybieram jednak film niż książki (no chyba, że te naukowe), ale zawsze staram się znaleźć chwilę na dobrą książkę i być na bieżąco z najnowszymi, ciekawymi pozycjami.

8. Meble stare czy nowoczesne

To pytanie idealne dla mnie- córki rodziców, których mikroprzedsiębiorstwo zajmuje się robieniem mebli na zamówienie ;). Ja preferuję nowoczesne meble, jasne, proste i ogólny minimalizm w urządzaniu wnętrz. Podobają mi się graficzne formy oraz ciekawe, nowoczesne rozwiązania. Oczywiście antyki mają ten niepowtarzalny, romantyczny charakter, ale takie rozwiązanie nie jest dla mnie na dłuższą metę. Udusiłabym się w takim mieszkaniu.

9. Gitara akustyczna czy elektryczna

Akustyczna. Lubię jej brzmienie, kojarzy mi się z sielankowym nastrojem, ogniskiem, grillem, wakacjami ale też z takim namiętnym, przystojnym samcem alfa jak Antonio Banderas (nie pytajcie czemu, nie wiem, tak mi się kojarzy :P).

10. Motor czy auto

Jako, że nie posiadam prawo jazdy odpowiedziałabym rower, ale jako że nasza rodzina ma auto, a ja mojego męża szofera, wybieram auto. Gdy gdzieś jedziemy, z reguły do dziadków, zabieramy mnóstwo bagaży, więc motor w naszym przypadku by się nie sprawdził. Poza tym, moim zdaniem, to bezpieczniejszy środek lokomocjo. Wygodny, ciepły, można w nim słuchać radia albo czytać książkę- na motorze nie jest już tak przyjemnie ;).

Do nagrody Liebster Blog Award nominuję kolejne, fantastyczne blogi, które bardzo chętnie i często odwiedzam:

1. Arcydziełko
2. Magdallena Magazine
3. Lekko Miss Margerita
4. Najdzela
5. Weroni.Nisia
6. Kluseczka po włosku
7. Z Życia mamy i córki
8. Lifestyle by Karo
9. Oli-Loli
10. Lady Mami
11. Szafa Aleksandry

Życzę Wam miłej zabawy. Oto pytania dla Was:

1. Czy pisałaś kiedyś bloga, którego porzuciłaś? Jeśli tak, dlaczego?
2. Co denerwuje Cię tak bardzo, że wychodzisz z siebie?
3. Jaką najbardziej lubisz porę roku i dlaczego?
4. Gdybyś miała nieograniczony wybór, gdzie byś zamieszkała?
5. Jaka jest Twoja ulubiona zupa?
6. W jakich miejscach najchętniej robisz zakupy?
7. Jakie lubisz zapachy?
8. Czy uważasz, że istnieją żelazne zasady w wychowywaniu dzieci, które trwają z pokolenia na pokolenie i zawsze się sprawdzają?
9. Co jest dla Ciebie wyznacznikiem kobiecości?
10. Jakimi środkami lokomocji najczęściej się poruszasz?
11. Czy masz w domu/mieszkaniu/pokoju kwiaty doniczkowe i czy je lubisz?

10/26/2014

Jedyna taka świątynia, która ściąga tłumy wiernych

Jedyna taka świątynia, która ściąga tłumy wiernych
Gdy jesień tak mocno rozpieszcza nas pogodą, grzechem byłoby nie dać się jej rozpuszczać ;). Podczas gdy Żywczanie szturmowali nowo otwarty Merury Merket i tworzyli takie korki na mieście, że głowa mała, my spacerowaliśmy po parku. Wprawdzie sporą część czasu przegadaliśmy, zastanawiając się nad tym co takiego rzucili "na sklep", że ludzie woleli gnić w korkach i w sklepie, niż spędzać słonecznie popołudnie w sielankowej, rodzinnej i pełnej spokoju atmosferze. Ale jak to ktoś skomentował: powstała nowa świątynia. Widocznie niektórzy( a nawet większość...)  mieli tak naglącą potrzebę, by do niej wstąpić i zaznać atmosfery w niej panującej, w tak cudowny weekend. ;)

Dziś zamieszczam sesję z mamą, czyli ze mną. Odezwały się bowiem głosy, że z mamą też są fajne zdjęcia i żebym czasem takie zamieszczała, więc zamieszczam. :) Zdjęcia mamy i córy robił nasz ukochany tatuś.

Melania ma na sobie:
berecik- po Hani (całusy)
płaszczyk- po Hani (apelujemy do cioci o berecik do kompletu)
legginsy- Pepco (od babci)
torebka- Reserved
trampy- po Hani
































10/24/2014

Gdy dziecko ma już wszystko...

Gdy dziecko ma już wszystko...
      Wczoraj zaliczyłyśmy domowy kinderball. Urodziny Melcia w tym roku obchodziła podwójnie, bo z dziadkami rodzinnie i z koleżankami. W zeszłym roku też zaprosiłam jej ulubione towarzystwo w postaci koleżanki W. i kolegi R., bo wiem że to sprawia jej frajdę. W tym roku parę dzieci nie dopisało, ale pojawiła się niezawodna W. i starsza o rok koleżanka Melci D. 
     Ktoś pomyślałby : ot, zwykłe, skromne urodziny w domu. Tak sama też odbierałam to, co zorganizowałam dla Meli, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że przecież urządzam imprezę dla 3-latki! Gdyby moja mama 23 lata temu ozdobiła pokój balonami i chorągiewkami, wystawiła na przybrany stół pyszności i zaprosiła dzieciaki, po czym bawiła się z nami w najróżniejsze zabawy to chybabym tydzień nie spała upojona tym faktem jak narkotykami. Rzeczywistość zmienia się w zawrotnym tempie i sprawia, że nie dostrzegamy pewnych absurdalnych zmian. Organizuję urodziny dla 3-latki, przygotowuję dekoracje, zabawy, maluję im buzie i stwierdzam sama do siebie: skromne urodziny. Skromne, bo wiele osób wynajmuje teraz sale zabaw na urodziny. Ale przecież jeśli teraz zacznę od tak hucznych urodzin to, co ja jej wymyślę na 16? Zrobię jej "sweet seixteen" na 100 osób? Choćbym miała na to pieniądze nie wiem czy bym to zrobiła, bo nie jestem zwolennikiem rozpieszczania dzieci i zapewniania im wszystkiego pod kątem finansowym (zaznaczam, że chodzi mi tylko o kwestie finansowe!). Od najmłodszych lat byłam uczona szacunku do pracy i pośrednio również do pieniędzy. Moim rodzicom nic nigdy nie przychodziło łatwo i lekko, a fakt że utrzymują się z własnego mikro przedsiębiorstwa nauczyło mnie, ze raz pieniądze są, ale często ich nie ma. Z domu wyniosłam umiejętność oszczędzania i zwyczajnie: odmawiania sobie. Nie jest to dla mnie trudne, bo wiem że jeśli chcę coś "większego" to muszę odmówić sobie "mniejszej" rzeczy i zdaję sobie sprawę, że nie można mieć wszystkiego, a nawet jeśli to, to ów "wszystko" nie jest gwarancją szczęścia, a już na pewno rozumu.
     Ja wychowana byłam kulcie, nazwijmy go, "niedzielnych gaci". Mama zawsze uczyła mnie, że nowe rzeczy zakłada się pierwszy raz w niedzielę, że rzeczy dzielą się na te eleganckie od święta i te do szkoły, czy na dresy po domu. Teraz i ona i ja zrozumiałyśmy, że to trochę błędne podejście, że życie jest za krótkie na trzymanie w szufladzie jedwabnych majtek na świętego Dygdy co go nie ma nigdy. Ale nadal jestem zwolenniczką szacunku do rzeczy, które przychodzą uczciwą pracą rąk ludzkich. Serce mnie boli jak widzę, gdy mój mąż nowe, wyjściowe rzeczy z jeszcze nie oderwaną metką zakłada na rower, który uprzednio w tych ciuchach wytarguje z piwnicy... Takie podejście jest dla mnie oczywistym dramatem, ale w każdym podejściu skrajność nie jest rozwiązaniem. Moją córkę uczę więc, że są pewnie zasady, że rzeczy trzeba szanować. Nie popadam w taką skrajność jak moja mama, ani mój mąż, staram się znaleźć złoty środek. 
      Jako dziecko dostałam kiedyś ogromny zestaw flamastrów. W tym momencie przypominam go sobie jako pudełko tak wielkie jak największe opakowanie merci, było ono czarne z zestawem czarnych, pachnących pisaków. Tak mi się to przypomina, ale miałam wtedy może z 3,4 latka, więc wyobraźnia dziecięca pewnie płata mi teraz figle. Mama w zasadzie nie pozwalała mi ich ruszać, bo były porządne i jak na tamte czasy, po prostu. luksusowe. Nie wiem jakim cudem do nas trafiły i co się z nimi stało. Nie pamiętam rysowania nimi, pamiętam wyciąganie ich i wkładanie do przegródek i oglądania, oglądanie, oglądanie. W tym momencie wiem, że było to bezsensowne. Pisaki pewnie wyschły i nie było z nich pożytku, a ja jako maluch kochałam rysować. Moja mama wspomina zeszyty zabazgrane moją twórczością i pewnie dlatego te pisaki to jedno nielicznych wspomnień z wczesnego dzieciństwa, które mam. Ja mojej córce nie bronię już używać rzeczy, nawet tych porządnych, które jej kupujemy. Początkowo miałam takie zapędy, chowałam ładne kolorowanki "na wyjątkowy" czas, chowałam lepsze kredki, ale szybko zdałam sobie sprawę, że to chore. Przecież kupiłam to dla niej, żeby rysowała, żeby się bawiła, żeby to jej sprawiało przyjemność. Co mi przyjdzie z niezapisanych kolorowanek dla trzy latka za 5 lat? Co mi przyjdzie z wyschniętych pisaków, zakurzonych, odłożonych na półkę misiów?
      Szacunek do rzeczy jest dla mnie bardzo ważny. Nie uznaję ciorania się po zabłoconej ziemi w balowej sukieneczce za 80 zł, ale nie uznaję też tej sukienki ozdabiającej szafę i wieszak. Staram się znaleźć we wszystkim ten złoty umiar i uczę też tego mojego męża ;). 
      Nie chcę rozpieszczać córki, przyzwyczajając ją do tego że ma wszystko, organizować jej rozrywki, które w moich czasach zarezerwowane były dla dzieci np. 10 lat starszych. Chcę żeby była radosna, beztroska, ale w granicach wyznaczonych przez dzieciństwo. Tym bardziej, że wiem z własnych obserwacji, że dzieci wychowane w całkowitym dobrobycie, bez świadomości tego, że może być gorzej, że nie wszystko co jest dostępne może zawsze trafić w ich ręce, gdy zderzą się z prawdziwą rzeczywistością dostają mocno "po tyłku", albo raczej po głowie. I nie zawsze jest to otrzeźwiający zimny prysznic, czasem prowadzi to tylko do buntu i stwarza rodzicom niewyobrażalne problemy z dzieckiem. 

Melania ma na sobie:
czapeczka- H&M (wyprzedaż, 10 zł)
apaszka- sh
kurtka- Pepco
spódniczka- MMDadak
rajstopki- Calzedonia outlet
torebka- Reserved
trzewiki- Emel









10/22/2014

Dobre na jesień i zimę czyli moje hity na zdrowie

Dobre na jesień i zimę czyli moje hity na zdrowie
     Wczoraj podzieliłam się z Wami naszymi rodzinnymi nawykami żywieniowymi, a dziś powiem Wam o produktach, które zawsze znajdziecie w naszej lodówce/kuchni.

     Swoją przygodę ze zdrowymi nawykami rozpoczęłam od zakupu aloesu. Aloes kupuję w postaci czystego soku z firmy EkaMedica, znowu przestrzegam Was przed kupowaniem żeli czy soków z dodatkiem benzoesanu sodu- koniecznie czytajcie etykiety. ZAWSZE!

To jest ten aloesTo jest ten aloes

      Najważniejsze zalety aloesu to przede wszystkim stymulacja naszego układu immunologicznego. Aloes widocznie wzmacnia naszą odporność (sprawdziłam na sobie- na prawdę działa!). Aloes jest doskonały gdy jesteśmy osłabieni lub po przebytych chorobach, kiedy nasz układ odpornościowy jest wyraźnie nadwątlały. Ponadto aloes poprawia trawienie, reguluje wydzielanie kwasu solnego, oczyszcza jelita, działa detoksykująco oczyszczając krew i cały organizm z zatruwających nas grzybów i drożdży. Aloes jest polecany cukrzykom bo obniża poziom cukru we krwi oraz osobom cierpiącym na miażdżycę gdyż rozszerza i oczyszcza naczynia krwionośne. Aloes może być też stosowany zewnętrznie w przypadku oparzeń, trudno gojących się ran, owrzodzeń, zmniejsza ból i obrzęki, poprawia ukrwienie skóry, świetnie radzi sobie z przesuszoną i wrażliwą skórą gdyż zawiera substancje, który długo utrzymują odpowiedni poziom nawilżenia skóry. Nie tak dawno aloes piliśmy codziennie (ja praktykowałam to ponad rok), ale wprowadziłam obecnie inne produkty do swojej diety i żeby zobaczyć ich działanie odstawiłam sok na jakiś czas.  Niemniej jednak jesień i zima to najlepszy czas na wprowadzenie soku do swojej diety, pije się go zaledwie 50 ml, jest prawie bez smaku niczym woda, a wyraźnie poprawia samopoczucie i odporność.

       Przyprawy stosuję nie tylko dla walorów smakowych ale i ze względów zdrowotnych. Zioła, które najczęściej dodaję do potraw to kurkuma, kolendra, chili/pieprz cayenne (chociaż z reguły używam świeżej papryczki), imbir (podobnie- staram się używać tylko świeżego), bazylia, kozieradka, tymianek, majeranek, cynamon, gałka muszkatołowa i oczywiście pieprz. Wiadomo, preferuję świeże zioła z doniczki, ale nie posiadam ogródka więc najczęściej używam tych z torebek. Zawsze jednak kupuję przyprawy ekologiczne. Dlaczego jako pierwszą wymieniłam kurkumę? Kurkuma posiada na prawdę niezwykłe cechy, gdyż ze względu na swoje właściwości cytotoksyczne działa toksycznie na komórki rakowe. Kurkuma jest tym "cudem", który sprawia, że palący jak smoki Hindusi nie zapadają na raka! Badania pokazują, że kurkumina, która jest składnikiem kurkumy nie tylko niszczy komórki nowotworowe, ale również wysyła sygnał do organizmu, który rozpoczyna proces samotrawienia się raka! Kurkuma pomaga oczyszczać krew oraz i ma działanie przeciwzapalne. Ja dodaję ją niemal do wszystkiego. Barwię nią ciasto, dodaję nawet do jajecznicy, ponieważ mój małżonek pali papierosy...Kolejną przyprawą zasługującym na uwagę to ziele kozieradki. Kozieradka powinna znaleźć się w każdym domu, w którym są dzieci. Ma specyficzny aromat- trochę jak kostka rosołowa, prze co idealnie dodaje smaku zupom, sosom, wszelkim daniom mięsnym. Kozieradka zapobiega anemii, krzywicy i apatii. Ze względu na fakt iż zawiera dużo śluzu (jeśli dacie jej za dużo zobaczycie w zupie takie "glutki", ale wraz z mąką może skutecznie służyć jako zagęszczenie do sosów) osłania błony śluzowe przewodu pokarmowego i jamy ustnej, działa przeciwkaszlowo, reguluje wypróżnienia, działa przeciwmiażdżycowo, chroni wątrobę przed niektórymi lekami, zapobiega marskości wątroby, przyspiesza procesy eliminacji toksyn z organizmu.  

    Ziołami nie tylko przyprawiam, zioła również piję. O cudownych właściwościach skrzypu i pokrzywy na włosy i cerę nie będę się rozpisywać, ale czystek który znacie już z moich postów zasługuje na uwagę każdego rodzica i każdej osoby świadomej.

      Ostatnimi czasy zaopatrujemy się także w nasiona chia. Nie jest to może najtańszy sposób na zdrowie, ale spożywamy go w niewielkich ilościach i niecodziennie. Nasiona te pochodzą z Ameryki Południowej i mają niezwykle odżywczą moc. Stanowią obfite źródło omega-6 i omega-3 w odpowiednich proporcjach. Posiadają wysoką zawartość witamin E, B1, B3 oraz mikroelementów: fosforu, magnezu, żelaza, cynku, wapnia i niacyny. Ze względu na dużą zawartość błonnika i właściwości żelujące skutecznie wypełnia żołądek, hamując apetyt i dając uczucie sytości, poprawia perystaltykę jelit i reguluje trawienie. Nasiona te wspomagają odpowiednie nawodnienie organizmu, gdyż może zatrzymywać dziesięciokrotność wody swojej wagi, ponadto pomaga w lepszym wchłanianiu się pokarmów, a co za tym idzie substancji odżywczych w nich zawartych.

     Jest wiele fantastycznych produktów, które zawsze znajdziecie na naszym stole, w szafce kuchennej czy lodówce. Będę co jakiś czas robić takie posty i dzielić się z Wami wszystkimi informacjami na temat zdrowia. Mam nadzieję, że skorzystacie z mojej wiedzy i doświadczenia.

Melania ma na sobie:
apaszka- sh
sweterek- ZY
sukienka- Wójcik outlet
rajstopy- Calzedonia outlet
podkolanówki- Smyk
trzewiki- Emel




















I taki tam widoczek na Sołę.

Bardzo dziękuję mojemu szwagrowi Rafałowi za pożyczenie mi swojego aparatu Nikon D90, dzięki któremu powstały powyższe zdjęcia.

Mojemu tacie zaś dziękuję za ofiarowanie mi swojego Nikona D50, dzięki któremu mogę uczyć się fotografować, wciąż się doskonalę i oczywiście zrobiłam zdjęcia do poprzednich postów.
Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger