3/31/2015

Jak pielęgnować problematyczną skórę twarzy?

Jak pielęgnować problematyczną skórę twarzy?
         Wiecie, że zmagam się z trądzikiem hormonalnym i moja cera pozostawia wiele do życzenia, ale prawda jest taka, że odkąd zmieniłam sposób pielęgnacji twarzy, moja skóra zaczęła bardzo mi się odwdzięczać. Dostaję maile z zapytaniami na temat kosmetyków, które bym poleciła oraz pielęgnacji skóry twarzy, dlatego zdecydowałam się napisać bardziej szczegółowy post na temat tego, jak ja dbam o twarz.
         Trądzik hormonalny umiejscawia się w okolicach żuchwy i jego powodem jest zła gospodarka hormonalna. Oczywiście można skutecznie leczyć go tabletkami antykoncepcyjnymi, ale ja unikam faszerowania się czymkolwiek co ma listę skutków ubocznych dłuższą niż skład. 
        Jestem pewna, że prócz zmian w kosmetykach, ogromny wpływ na poprawę kondycji mojej skóry miała także zmiana diety. Nie ukrywam jednak, że dietę zmieniłam znacznie wcześniej niż zaczęłam tak świadomie jak obecnie pielęgnować skórę, a piorunujące efekty zauważyłam tak na prawdę dopiero po jakimś czasie od zmiany zwartości kosmetyczki.
          Jestem więc żywym dowodem na to, że sama zmiana diety nie wystarczy, jeśli faszerujemy skórę parabenami, sylikonami i innym chemicznym świnstewkiem. Pielęgnacja musi być kompleksowa: od wewnątrz ale i od zewnątrz.
          Twarz myję na zmianę (z reguły gdy dojdę do denka :P) czarnym mydłem, mydłem Aleppo, czarnym mydłem ziołowym Babuszki Agafii, kremem turmeric Vicco, a teraz wpadło mi w ręce do wypróbowania fajne ajuwerdyjskie mydełko sandałowe. O czarnym mydle pisałam tutaj- jestem nim zachwycona, podobnie jak mydłem Aleppo. Wszystkie środki, które wymieniłam są doskonałe do skóry problematycznej, świetnie łagodzą zmiany, pomagają w walce z zaskórnikami, ale jednocześnie nie przesuszają i nie podrażniają skóry. Wszystkie kosmetyki myjące, których używam, mają naturalny skład, a czarnym mydłem ziołowym Babuszki Agafii myję obecnie moją córę i swoje włosy.

Uważajcie jednak jakiej produkcji mydło kupujecie. Mydło, które widzicie na zdjęciu występuje dokładnie w tym samym opakowaniu w wersji rosyjskiej (bez SLS) oraz estońskiej, która wprawdzie jest kilka złotych tańsza, ale posiada szemarny skład wzbogacony SLS...
problematyczna skóra


      Po umyciu skóry ZAWSZE ją tonizuję. Dlaczego? Tonik ma za zadanie przywrócić skórze jej naturalne PH, dzięki czemu nałożony następnie krem/serum szybciej i łatwiej się wchłania- skóra nie musi tracić czasu na przywrócenie PH. Moje ulubione toniki, których używam na zmianę to hibiskusowy tonik-żel Sylveco oraz tonik Baikal Herbals. I w tym wypadku mamy do czynienia z kosmetykami najwyższej jakości, o organicznym składzie, które nie uczulają, sprawiają że skóra staje się miękka i nawilżona.
problematyczna skóra

      Po odczekaniu dwóch, trzech minut biorę kropelkę kwasu hialuronowego i nakładam na całą twarz ze szczególnym uwzględnieniem okolic oczu. O kwasie hialuronowym na pewno większość z Was słyszała i wie. Przypomnę tylko, że obecnie nie ma na kosmetycznym rynku lepszego nawilżacza niż kwas hialuronowy. Kwas ten wiąże i zatrzymuje wodę w skórze, poprawia jej gładkość, wspomaga proces gojenia, jest eliksirem młodości. Odkąd skończyłam 25 lat do pielęgnacji skóry, oprócz leczenia trądziku, dodałam walkę ze starzeniem i uważam, że to bardzo ważne uznać, że kończąc 25 lat produkcja kolagenu w skórze zaczyna kuleć i trzeba sobie pomóc. To są fakty, możemy czuć się jak nastki, ale lata lecą i trzeba zapobiegać, żeby potem nie krzyczeć przed lustrem i biegać po botoks ;).

        Zanim kwas się wchłonie od razu nakładam krem na dzień lub olejek na noc. Na noc nieodmiennie do dwóch lat używam tylko olejków i miałam ich już na półce w łazience naprawdę dużo począwszy od arganu, przez mieszkanki a obecnie na olejku tamanu do twarzy i awokado pod oczy kończąc. Olejki kocham z wzajemnością i odkąd zaczęłam pielęgnować nimi skórę stała się ona widocznie alabastrowa: pory zmniejszyły się, nie ma już ziemistego odcienia, ma naturalny blask, zdrowy koloryt. Z czystym sumieniem wszystkim polecam wprowadzenie na stałe  do swojego pielęgnacyjnego rytuały olejków.

skóra problematyczna

          Na dzień stosuję różne kremy, jak skończę jeden to robię sobie od niego przerwę i próbuję inny. To dobrze działa na moją cerę, a jeszcze nie trafiłam na zły dla mnie krem organiczny. Czy to z Orientany, czy rosyjskie, czy Sylveco- wszystkie są fantastyczne, nie zatykają porów, nie uczulają. Oczywiście zawsze dobieram krem do wymagań mojej skóry, aktualnie mam wprawdzie krem odmładzający- nie do skóry trądzikowej, ale ma on lekki, organiczny skład i moja skóra świetnie go przyjmuje.

       W efekcie tej pielęgnacji mój trądzik wyraźnie się zmniejszył, moja skóra nie jest już tak podrażniona i "zaogniona", nie robi się czerwona w kontakcie z wodą, jest przyjemnie nawilżona, gładka, pory wyraźnie się zwęziły, nie narzekam na nadprodukcję sebum, a jednocześnie skóra ma naturalny blask i zdrowy koloryt. 

3/29/2015

Tchnienie wiosny, tchnienie Świąt...

Tchnienie wiosny, tchnienie Świąt...
W naszym mieszkanku również zawitała wiosna, przyniosła z sobą powiew świeżości i dużo wielkanocnych symboli. Lubię przystrajać dom na Święta. Gdy córa wróciła z przedszkola i zobaczyła te kilka drobiazgów przypominających, że wiosna tuż, tuż, a lada dzień najważniejsze dla katolików Święta; była tak zachwycona, że aż spontanicznie pocałowała mnie w rękę.
Czy może być piękniejsza podzięka za te parę chwil spędzonych na przygotowywaniu świątecznych ozdób?
A teraz zapraszam Was do siebie...








3/27/2015

Dobrze jest marzyć

Dobrze jest marzyć
Ostatni dzień wyzwania Blogging Boost Challenge.
Po pięciu dniach śmiało stwierdzam, że ten temat jest dla mnie jednak najtrudniejszy. Pustka w głowie.
Dlaczego? Bo z natury jednak stąpam twardo po ziemi. Zawsze zakładam najgorszą opcję. Owszem, jestem ambitna, dążę do celu, prę do przodu, ale raczej wynika to z mojego charakteru, bo oczami wyobraźni i tak widzę nikłe powodzenie, marne szanse a nawet porażkę.
Czy ja marzę? Można powiedzieć, że trochę jakby przestałam. Niby mi się marzy własne mieszkanko z balkonem, ale gdzieś podskórnie czuję, że to niemożliwe- przecież nie stać nas na nie! Marzyło mi się spełnienie zawodowe, ale po tysiącach wysłanych cv przejrzałam na oczy.
Czy ja o czymś marzę aktualnie? No jednak marzę. Mam jedno jedyne marzenie i jedyne w którego spełnienie wierzę, a nawet nie dopuszczam innej opcji. Pewnie je znacie.
Czy dobrze jest marzyć? Bardzo dobrze! Marzenia dają siłę i nadzieję, dają kopa do działania, dają energię, moc i radość. Mam nadzieję, ze powoli odzyskam w sobie siłę do marzeń i wiarę w szczęśliwy obrót zdarzeń...

Dziś więc marzę o tym, że zacznę w końcu marzyć jak kiedyś- gdy byłam nastolatką.


3/26/2015

Jestem wdzięczna za...- dzień trzeci wyzwania Blogging Boost Challenge

     Gdy zadałam to pytanie rodzicom (w celu inspiracji) odpowiedzieli, że za nas - mnie i moją siostrę, za Melanię, za wszystko.
     Za co ja jestem wdzięczna? Ogólnie nienawidzę poczucia długu wobec kogoś, nie chcę żeby ktokolwiek mi cokolwiek załatwiał po znajomości, ułatwiał itp. Uważam, że to co wypracuje się samemu i do czego samemu się dojdzie, jest najcenniejsze. Dlatego pod tym kątem nie chcę nigdy nikomu za cokolwiek być wdzięczna.
       Jestem natomiast wdzięczna za wspaniałych ludzi, których w swoim życiu spotkałam i na których zawsze mogę polegać. Oczywiście są nimi moi rodzice oraz mąż- najbliżsi mi ludzie, moje wsparcie i oparcie, do tańca i różańca, naprawdę wspaniali ludzie. Zaraz po nich moi najbliżsi znajomi, z którymi pozostaję w niezmienionych w zasadzie kontaktach, pomimo dzielących nas kilometrów, pomimo lat "rozłąki", którzy staną na głowie, żeby się ze mną zobaczyć gdy tylko jestem w Krakowie, którzy kibicuję moim przedsięwzięciom, wspierają mnie, a dla mojej córy są jak niejeden rodzony wujek czy ciocia. Jest ich malutka garsteczka, ale za to jaka! Nie będę Was tutaj pisać z imion i nazwisk, bo dobrze wiecie o kim myślę. Jestem bardzo wdzięczna za tych niewielu, ale za to jak życzliwych ludzi, których po miesiącach a nawet latach poznałam mieszkając w Żywcu: moje koleżanki ze studiów podyplomowych, trzy rodziny z sąsiedztwa, dzięki którym mam do kogo "otworzyć gębę" i nie czuję się tutaj już tak paskudnie samotna, a nawet miłe panie z naszej ulubionej cukierni, które rozpoznają już nas jako stałych klientów. Jestem wdzięczna, że dzięki tej garsteczce ludzi nie czuję się tutaj ciągle tak obco.
       Jestem wdzięczna za wszystkie trudne doświadczenia, które mi zesłał los w przeciągu czterech ostatnich lat. Uświadomiłam to sobie dzięki dzisiejszej rozmowie z Karoliną z bloga Prawdziwe Życie, z którą mam regularny kontakt wirtualny :). Gdyby nie te trudne, przykre przeżycia nie byliśmy teraz z moim mężem i córą taką mocną, zżytą, nuklearną rodziną, która wie, że jak ma liczyć to na siebie i ufa sobie bezgranicznie.
      Jestem więc wdzięczna za choroby, które nas nachodziły, za wszelkie trudy codzienności, za moją niemożność znalezienia pracy i za niewdzięczną pracę mojego męża. Jestem wdzięczna, że nie mam cukierkowego, prostego życia, w którym wszystko jest poukładane jak w zegarku, a ja nie wiedziałabym co to żal, smutek, tęsknota, cierpienie, gorycz, porażka itp.
      Jestem wdzięczna za całe moje życie, bo nie jest lekkie, łatwe i przyjemne, nie jest też tragicznie smutne, trudne i pełne goryczy. Jest w nim słodycz i gorycz, jest najlepszym życiem jakie mogłam sobie wymarzyć.

3/25/2015

Doświadczenie, które zmieniło moje życie

Doświadczenie, które zmieniło moje życie
          Dzień trzeci wyzwania, dla mnie chyba najtrudniejszy. Wydarzeń, które znacząco zmieniły moje życie było bowiem kilka. Gdy zasypiając myślałam o dzisiejszym wpisie zastanawiałam się, która zmiana była najistotniejsza. Przeprowadzka do Żywca? Nie wynikła przecież z niczego. Cofam się więc. Ślub, ciąża? Także nie spadły z księżyca. Dochodzimy do sedna... Małego winowajcy, sprawcy wszystkich zmian, cyngla i spustu.
           Mam niespełna 16 lat (ciągle to niespełna bo urodziłam się 29 listopada ;) i decyduję uczyć się w jednym najlepszych (onego czasu, niestety wszystko się zmienia) liceum w Krakowie i Małopolsce. Chciałam uciec od demonów, nie wyobrażałam sobie dalej ciągnąć swoją historię i kolejne trzy lata być trędowatą i brzydulą szkoły.
           To była najlepsza decyzja jaką mogłam (we współudziale i za pozwoleniem rodziców) podjąć. Zmieniłam środowisko, weszłam do zupełnie innego, wielkiego świata, gdzie teatr, kino, najrozmaitsze warsztaty, szkoła tańca  itp. były na wyciągnięcie ręki, gdzie otaczała mnie młodzież która miała niemal wszystko i umiała niemal wszystko. Moje koleżanki potrafiły grać na instrumentach, jeździć na nartach, mówić w kilku językach- wybrałam się do elitarnego, wtedy, liceum. Dzięki zderzeniu z całkiem inną rzeczywistością poczułam w sobie jeszcze większe ambicje i jeszcze więcej chciałam umieć i potrafić. Ponadto szkoła życia, uczenie się samodzielności, odpowiedzialność, która spadła już tylko i wyłącznie na mnie za całe moje postępowanie sprawiły, że błyskawicznie dorosłam.
           Liceum wspominam z ogromnym sentymentem. Kosztowało mnie wprawdzie wiele nauki, pracy i wysiłku, ale to był bardzo szczęśliwy okres mojego życia. Dlaczego wracam do czasów tak zamierzchłych :P? Bo w liceum poznałam mojego męża. Chodziłam wprawdzie do klasy humanistycznej, a mój maż do matematyczno-informatycznej, ale szkoła była tak malutka, że znali się wszyscy, a fakt, że trafiliśmy do tego samego internatu tym bardziej sprzyjał zapoznaniu. Oczywiście miłość od liceum byłaby zbyt prosta, dlatego możecie się tylko domyślać jak wyglądała nasza historia. Ja zdradzę tylko tyle, że w liceum się nie  lubiliśmy, a przez mojego męża zmieniłam nawet internat! Dopiero w maturalnej klasie wyjaśniliśmy sobie pewne rzeczy (zbieg niefortunnych wydarzeń i bezpodstawne oskarżenia...) i można powiedzieć, że ostatnie miesiące szkoły żyliśmy we względnej zgodzie :).
            Gdybym nie zdecydowała się na opuszczenie domu, zmiany środowiska, nie poznałabym mojego męża. Prawda jest też taka, że gdyby nie pewien wieczór i pewien Cezary, z pewnością też nie byłabym żoną mojego męża, ale jeśli mam wskazać konkretny punkt przełomowy w moim życiu to będzie to zdecydowanie przeprowadzka do Krakowa 9 lat wstecz.


3/24/2015

3 rzeczy, które chciałabym zmienić – Blogging Boost Challenge

3 rzeczy, które chciałabym zmienić – Blogging Boost Challenge
Dziś o zmianach. Prawdopodobnie mój ulubiony temat z całego cyklu. Dlaczego? Ogólnie rzecz traktując jestem osobą, która zmiany lubi, ceni i których potrzebuje. Nie wierzę w horoskopy itp., ale jestem zodiakalnym Strzelcem i rzeczywiście kocham wolność, kocham zmiany i lubię gdy coś się dzieję, nienawidzę poczucia marazmu i zastoju. Lubię swoistego rodzaju porządek, regularność, cykliczność, ale jestem otwarta na zmiany, a pewnych wręcz pragnę.

Co chciałabym zmienić? 

Pierwszorzędną rzeczą będzie oczywiście miejsce zamieszkania. Nie wyobrażam sobie, to po prostu nie mieści się w mojej głowie, że mogłabym w Żywcu mieszkać dłużej niż dwa kolejne lata. Po prostu nie ma takiej opcji. Wolę gryźć podłogę niż zdecydować się na życie tutaj, bo wysłanie Melanii do żywieckiej szkoły oznaczałoby jedno- pozostanie na długie, długie lata w tym całkiem obcym dla nas miejscu. A ja niestety na to zgodzić się nie mogę. Myślę, że w życiu człowieka bardzo ważne jest poczucie satysfakcji, zadowolenia, wewnętrzny spokój. Mieszkając w miejscu, gdzie nie mam nikogo bliskiego, gdzie nie mogę znaleźć pracy, gdzie jestem sfrustrowana i nieszczęśliwa byłoby wyrokiem nie tylko dla mnie, ale i mojej rodziny. Niemniej jednak oboje z mężem staramy z całych sił i robimy co w naszej mocy, by zmienić miejsce zamieszkania i myślę, że prędzej czy później nasze marzenia się spełnią. 

Kolejna rzecz, którą chciałabym zmienić tkwi we mnie. Chciałabym zupełnie nie przejmować się opinią innych, w szczególności tą dotyczącą mojej powierzchowności. Chciałabym być pewna swojej wartości, cenić siebie i być na tyle silna, by złośliwe komentarze odbijały się ode mnie jak od ściany i wracały do "komplementującego" rykoszetem. To byłby mój największy życiowy sukces stać się zupełnie ambiwalentną na to, co myślą i mówią na mój temat inni. Nieważne czy obcy czy znajomi, tak naprawdę jedyne osoby które nie mają nic złośliwego na myśli, mówiąc mi "przykre" (prawdziwe, ale bolesne) rzeczy to tylko i wyłącznie moi rodzice...

Trzecią ostatnią rzeczą, którą chciałabym zmienić postanowiłam poświęcić na coś zupełnie ode mnie niezależnego i powiedzmy to- bardziej pompatycznego. Chciałabym, żeby nie było na świecie takiej znieczulicy jaka obecnie panuje. Staliśmy bojaźliwi i obojętni, wielu rzeczy nie widzimy lub nie chcemy widzieć, a prawda jest taka, że w "kupie siła". Gdyby złu przeciwstawić całą moc dobra, może inaczej potoczyłoby się wiele spraw. Może nie byłoby zgwałconych w tramwajach dziewcząt, może nie byłoby rabunków w biały dzień, bijatyk, mobingu, może  nie było przemocy w rodzinach. To jest takie moje marzenie- całkiem nierealne, życzenie wobec złotej rybki...

A Wy kochani? Co byście zmienili gdybyście mieli moc sprawczą lub więcej silnej woli? :)


berecik- sh
sukienka- sh
komin- mój (H&M)
trzewiki- Emel
płaszczyk- sh






3/23/2015

Osoba stojąca za blogiem czyli Blogging Boost Challenge

Osoba stojąca za blogiem czyli Blogging Boost Challenge
Bardzo poważnie podchodzę do mojego bloga tzn. prowadzenie go to moja pasja, chcę był ten blog był interesujący z punktu widzenia czytelnika oraz estetyczny z punktu widzenia przeglądającego zdjęcia czy pobieżnie przerzucającego wpisy. Nie zdziwi więc pewnie Was fakt, że biorę udział w kolejnym wyzwaniu blogowym.
Dzisiejszy post to pierwszy z pięciodniowego cyklu, a ma on na celu zaznajomić Was z moją osobą. Prawda jest jednak taka, że Wy- czytający mnie- znacie mnie już na tyle dobrze, że kolejny post z tego cyklu pewnie by Was zemdlił.
Wiecie dlaczego piszę bloga, ile mam lat, gdzie mieszkam, a nawet dlaczego chciałabym się stąd wyprowadzić ;), znacie nawet moje wykształcenie, zainteresowania, wiecie jak wyglądam,jak wygląda moja córa i jej kącik w wynajmowanej przez nas klitce. Pisanie o mnie kolejny raz byłoby nudne jak flaki z olejem, a nuda to jest to, co bloga może zabić.
Postaram się więc Was zaskoczyć porcją wiedzy o mnie, ale troszkę z innej beczki. Ostatnimi czasy podjęłam się bardzo ambitnego planu. Moją paskudną historię bycia bezrobotną i pożądanie wyjścia z tego depresyjnego marazmu również znacie. Nie wiecie jednak, że postanowiłam przekuć moją pasję w czyn!
Odkąd ktoś życzliwy i rzecz jasna- anonimowy opublikował ten oto  komentarz : "dlaczego mając takie umiejętności językowe nie otworzysz czegoś własnego? Nikt nie ma obowiązku dać obcemu człowiekowi jeść. Czas dorosnąć." pod tym wpisem, uznałam że może jednak ten ktoś ma rację, może napisał to ktoś zupełnie samodzielny i odpowiedzialny, komu ani tata ani ciotka ani żadne, inne plecy pracy nie załatwiły. Może moja paniczna obawa przed własną działalnością, może obserwacje oparte na przykrych i baaaaaardzo trudnych doświadczeniach moich rodziców niekoniecznie sprawdzą się w moim przypadku.
Próbowałam więc jakiś czas temu rękodzieła- z marnym skutkiem: na targach na których się wystawiałam zarobiłam ledwo na opłatę za stolik, więc nie miało to najmniejszego sensu; tym bardziej, że rękodzieła mnożą się teraz jak króliki, a ludzie nie takie talenta jak ja posiadają... Próbuję teraz trzeciej pasji: fotografii. Do trzech razy sztuka mawiają, trzymajcie więc kciuki za mnie :)

Tutaj możecie pooglądać moje sesje: http://lamelka.eu/
Tutaj polubić mój profil ;) : https://www.facebook.com/lamelka.eu.

Trzymajcie za mnie kciuki, skoro wzięłam się za siebie, dorosłam i oprzytomniałam, że Państwo mi zjeść nie da!





3/20/2015

Być matką w teorii i praktyce

         Była sobie pewna mama: mama w praktyce, choć jednak w teorii. Mama miała na imię Barbara i była idealną gospodynią, ciepłą i czułą mamą, wyrozumiałą żoną. Podłoga w jej domu zawsze lśniła czystością, obiad zawsze dwudaniowy parował na stole i nęcił zapachem, a ona każdą wolną chwilę spędzała z małą córeczką- Kasią.
      Z boku stałam ja- zwykle z nosem w książkach, niby niewidząca, a jednak chłonąca każdy szczegół życia takiej mamy. Świadoma, dorosła siostra- miałam okazję widzieć i obserwować, poznawać, wyrabiać sobie zdanie.
       Mama na kilka etatów, perfekcyjna, zabiegana, niemająca czasu na książkę, na film, na życie. Niby szczęśliwa, ale nie zawsze i nigdy do końca.
Przeraziłam się! Przeraziłam się życia mamy, obserwując moją własną w praktyce. Na tej podstawie wyrobiłam sobie teorię. Mama= poświęcenie, najwyższe obroty działania, perfekcjonizm, brak czasu dla siebie.  Dzięki zanurzeniu w świat prawdziwej rodziny wiedziałam, że ja takiej nie chcę. Chciałam być niezależna, chciałam się spełniać, chciałam być wolna- wydawało mi się, że mogę być taka tylko wtedy, gdy nie będę uwiązana przy mężu i dziecku.
       Żyłam sobie spokojnie, nie próbując nawet weryfikować mojego zdania. Dzieci przyprawiały mnie o dreszcze, a widok ciężarnych wzbudzał politowanie. Wiedziałam jak JA chcę pokierować swoim życiem. Los zechciał inaczej.
         Miałam niespełna 23 lata, kiedy wpadłam w histerię widząc dwie kreski na teście.  Płakałam w łazience, płakałam u ginekologa, płakałam na ulicy, płakałam w rękaw mojego chłopaka.  To koniec- myślałam. Klatka, dzień za dniem i zasmarkany wisielec u boku. Do dnia porodu nie rodził się we mnie najmniejszy nawet instynkt macierzyński. Mimo wszystko zdecydowałam się na dziecko świadomie i samodzielnie, bo sprawca powiedział tylko: "Będzie tak, jak zdecydujesz".
       Historia jak każda-„ bajka” ktoś pomyśli. Urodziłam. Po CC nie mogłam dojść do siebie, miałam drgawki i różne nieprzyjemne objawy i gdy po dwóch godzinach przywieźli mi córę, wszystko ustało. Jak za sprawą magicznej różdżki. A ja? No cóż- to jasne, zakochałam się. Zobaczyłam tą kruchą istotkę, która instynktownie uspokajała się w moich ramionach i poczułam, że zdarzył się cud. To nie była bajka, to był mój własny, osobisty cud!
     Nadszedł dzień powrotu do domu, a wszystkie obowiązki związane z domem i dzieckiem przychodziły mi naturalnie. Nie spałam wtedy, gdy spała córa, tylko prasowałam stosy jej ubranek. Gdy mąż wracał z pracy czekał na niego gorący obiad, w domu było czysto, a ja czułam się spełniona. Stałam się zupełnie jak moja mama- w teorii i praktyce. Zmieniło się tylko jedno- zrozumiałam, że jest to naturalne, że jest to wyraz miłości, a nie męczarnia, że to wszystko przychodzi naturalnie, że nikt do niczego nikogo nie zmusza...
        Nikt nie zamknął mnie w klatce, ja po prostu pokochałam moją córkę najbardziej bezgraniczną miłością i choć teoria, stała się praktyką, to stała się nią w zupełnie innym wymiarze.
Nie jestem do końca jak moja mama. Jestem wyjątkową mamą mojej wyjątkowej córki i razem tworzymy niezwykłą relację.  Wypośrodkowałam wszystko, co mogłam- mam czas dla siebie i jestem gospodynią na pełnych obrotach, stworzyłam swą własną teorię i własną praktykę, choć opartą na doświadczeniach mojej mamy, to jednak moją własną.

Jak każda- mam swoją teorię i praktykę macierzyństwa, ale łączy nas ta sama rzecz: bezgraniczna, altruistyczna miłość do dziecka. To nigdy się nie zmieni i to sprawia jak my mamy jesteśmy sobie bliskie. W teorii i praktyce. 

Tekst zwyciężył w konkursie: "Być matką, być córką w teorii i praktyce" organizowanym przez  serwisy Audioteka.pl i Foch.pl.




3/18/2015

Granica szczerości

Granica szczerości
            Ostatnio pojawił się u Sabiny wpis na temat piętna otyłości, po czym podjęła go również Valium tutaj. Nie mogłam obok tematu przejść obojętnie. Choć nigdy gruba nie byłam, ba, ja nie byłam nawet gram otyła, to niestety z tym piętnem otyłości żyję do dziś.
            Miałam szczęście urodzić się w całkiem zwyczajnej rodzinie. Moja mama jest skromną, perfekcyjną panią domu, chorobliwie pedantyczną szaloną kobietą, która aktualnie spełnia się prowadząc mikro biznes, a mój tata to typowy skromny, małomówny bread winner, w którym drzemie niespełniona, artystyczna dusza (tak, tak- dobrze widzicie, jestem wierną kopią obojga...). Mój tata do najczulszych nie należy i do tej pory, gdy dzwonię do domu i słyszę go w słuchawce, natychmiast mówię "tato, daj mamę" ;), za to moja mama to istna rodzinna, kwoka- tuląca, ciepła, czuła, obsypująca tysiącem ciepłych słów, komplementująca, (ale jednocześnie bardzo, bardzo wymagająca- do tej pory pamiętam te pytania "a dlaczego czwórka, a nie piątka?!?", które skończyły się dopiero w liceum?..). Mam poczucie, że mama budowała we mnie pewną siebie osobę, chciała żebym znała swoją wartość, dostrzegała własne zalety i niestety, nie wiem, czemu- poległa. Mam wrażenie, że udało jej się wiele, jeśli chodzi o moją osobę, ale w tej kwestii przegrała wojnę. Z kretesem. I tutaj powstaje pytanie: czy to wina mojej mamy, że nie potrafiłam udźwignąć złośliwości i jestem osobą zakompleksioną? NIE! Dla mnie to jasne, że nie, jednak mimo wszystko codziennie córce powtarzam, że jest najpiękniejsza, najmądrzejsza i tresuję męża, by i on codziennie zachwycał się nią- także, jako małą kobietką.
        Chciałabym mojej córce dać poczucie pewności siebie, braku zakompleksienia, dla mnie może być nawet zarozumiałą tupeciarą, byle tylko kompleksy nie przesłoniły jej świata i zamknęły w twardej skorupie. Mam takie życzenie (a może roszczenie...) wobec losu, żeby te geny przejęła od rodziny męża (broń Boże mojej) - będę mieć gwarancję, że odniesie sukces i wyrośnie z niej gwiazda.
       Czy byłoby mi łatwiej w życiu gdybym była zarozumiałą tupeciarą? Oj byłoby! Na słowa kolegów, że jestem rudą, piegowatą świnią reagowałabym pewnie ciepłym moczem, a nie łzami. Na słowa koleżanek, że jak biegnę to uda mi się trzepią jak galareta pewnie umiałabym odpysknąć. Jednak gdybym była taką zarozumiałą tupeciarą, to pewnie i tak nikt nie mówiłby mi takich rzeczy, bo by nie miał wobec mnie takiej śmiałości (bezczelności?...)!
      Nie wiem, co we drzemie, że ludzie mają wobec mnie śmiałość i przekraczają tą cienką granicę szczerości, stając się wobec mnie bezczelnymi, co trwa aż do dzisiaj... Jak się domyślacie, najwięcej "miłego" słyszałam i słyszę oczywiście od kobiet... Zupełnie tego nie pojmuję, bo ja nie potrafiłabym wprost komuś powiedzieć, że ma np. krzywe zęby i powinien je wyprostować, albo, że ma za wysokie czoło i nie powinien czesać się do góry (nie mówię, że ja to słyszałam, to tylko przykłady). Chyba jasne jest, że w dzisiejszych czasach większość osób zdaje sobie sprawę ze swoich mankamentów, ale czy obecność tych mankamentów, (które na litość boską mamy wszyscy!!!) skreśla nas z życia publicznego???
        Czy mając wielki nos mam nie wychodzić z domu zanim nie odwiedzę chirurga? Czy mając krzywe nogi jestem skreślona wobec noszenia rurek? Czy mając żółte zęby mam się nie uśmiechać? Czy mając odstające uszy mam nosić długie włosy i przykrywać nimi co się da? Kto arbitralnie zadecydował jak JA mam wyglądać i czemu wszystkim, do cholery, przeszkadza właśnie to jak wyglądam?
          Dla mnie istnieje cienka granica pomiędzy szczerością a bezczelnością i łatwo ją przekroczyć raniąc kogoś, szczególnie kogoś wrażliwego i od najmłodszych lat słyszącego, co jest z nim nie tak- jak to jest ze mną.
           Nie daję nikomu prawa mówić mi jak powinnam wyglądać i co powinnam w sobie zmienić, tym bardziej, że ja NIGDY nikomu takich rzeczy nie mówiłam. Nie byłabym w stanie powiedzieć komuś w twarz, że jest za gruby, że ma zbyt rozbudowane łydki, że mu się trzęsą ramiona, gdy nimi rusza albo, że powinien się pomalować, bo ma brzydką cerę. Są pewne rzeczy, które każdy widzi w lustrze i które bolą (uwierzcie wszyscy Ci, którzy mnie uświadamiacie- doskonale zdaję sobie sprawę ze swych was, ale dzięki Wam niestety nie zdaję sobie sprawy z obecności jakichkolwiek zalet), choć zupełnie o niczym nie świadczą. Bo czy mnie, jako człowieka skreśla to, że jestem brzydka? Czy mnie, jako człowieka skreśla to, że mam beznadziejną figurę? Czy jestem gorszą matką, bo nie jestem piękna? A może dla mojej córki jestem najpiękniejsza, tysiąc razy piękniejsza od tej, które mówiła mi, że dupa mi się trzęsie jak galareta gdy biegam na w-fie? Może dla mojego męża jestem doskonalsza niż Angelina Jolie i doskonalsza od tej, która mówiła, że mam krzywe, brzydkie zęby?
         Znam osobiście taką dziewczynę pełną kompleksów, która jest obecnie chyba w jeszcze gorszym miejscu niż ja. Choć na moich oczach przeistaczała się bardzo powoli i subtelnie w odrobinę bardziej świadomą siebie kobietę, to jednak gołym okiem obserwowałam jak ciężko takie zmiany przychodzą. Ja nadal stoję w tym samym miejscu, w którym stałam, gdy byłam stłamszoną gimnazjalistką i nie tylko ja cierpię, nie tylko ja dźwigam to brzemię "brzydkiej i grubej", bo wraz z moimi kompleksami cierpi mój mąż, moi rodzice i mam tylko nadzieję, że uporam się z tym wszystkim jak najszybciej, a moja córka będzie obserwować i uczyć się od silnej kobiety. Mam nadzieję, że kończąc trzydziestkę, którą spędzę ze wspomnianą przed chwilką koleżanką na obiecanej wspólnej imprezie, (bo dzieli nas zaledwie pięć dni różnicy) będziemy bardziej pewne siebie, a może nawet będziemy już pewne siebie!, gotowe eksplorować naszą kobiecość, zupełnie obojętne na złośliwe, krzywdzące słowa sędziów atrakcyjności. 

Najpiękniejsza w całej rodzinie, w całym Żywcu, w całej Polsce i na całym świecie: Melania ma na sobie ;):
czapa- Terranova outlet
szalik- sh
futerko- sh 
jegginsy- Lupilu
buty- 5 10 15














3/16/2015

Jak szybko ogarnać się po porodzie? Ćwiczenia w połogu cz. II- post gościny Eli Milamalim

Jak szybko ogarnać się po porodzie? Ćwiczenia w połogu cz. II- post gościny Eli Milamalim
        Dziś mam dla Was niespodziankę! Coś, czego na tym blogu jeszcze nie było :) Mianowicie: post gościnny. O czymś takim jak wpis gościnny wyczytałam nie tylko u Uli Phelep ale także Doroty Zalepy- pomyślałam, że to super pomysł i... na tym się skończyło. Nie miałam pojęciu komu i na jaki temat to zaproponować, pomyślałam, że nie ma co się spieszyć i to była mądra decyzja, bo wpis gościnny niejako sam poprosił się o pojawienie.
         Eli nie znałam! Dopiero gdy skomentowała wpis o powrocie do formy po połogu dowiedziałam się o jej istnieniu i przede wszystkim zaintrygowała mnie jej widza dotycząca poruszonego przeze mnie w poście tematu. Spontanicznie, pod jej komentarzem zaproponowałam jej współpracę, a ona przyjęła wyzwanie :).
To jak? Zaczynamy!

"Jak szybko ogarnąć się po porodzie? Ćwiczenia w połogu cz.II


Cześć dziewczyny, jest mi bardzo miło gościć u Filiżanki. To naprawdę miłe wyróżnienie ;-).  Zostałam poproszona o trochę eksperckiej wiedzy na temat ćwiczeń poporodowych. Jako, że jestem mamą trzech cudowniaków i ćwiczenia te stosowałam po każdej ciąży, więc mogę co nieco o nich opowiedzieć.

Na początku mogę was zapewnić, że te ćwiczenia to prościzna i zajmują dosłownie chwilę. Tak wiem, zaraz po porodzie nawet chwila to problem, ale dziewczyny, albo będziemy się użalać nad sobą i dochodzić do siebie przez sto lat, albo weźmiemy dupska w troki i coś z tym zrobimy :-).  Ćwiczenia są proste, uzależniające i co najważniejsze działają. Dodatkowo budujecie w sobie pewne nawyki bycia aktywnym fizycznie, a to da wam mega podstawę do walki z kilogramami, oczywiście jeśli takie zostaną.

No to dupska w górę i Działamy!

Ćwiczeń w tym temacie jest o wiele więcej, jednak ja wybrałam te najważniejsze, które dacie radę wykonać nawet, kiedy ryjąc twarzą po podłodze ze zmęczenia wasza głowa będzie mówić: „Nie rób tego!” :-)

Początkowy okres połogu 1-6 doba po porodzie:

Ćwiczenia oddechowe
Leżąc na plecach wykonuj głębokie wdechy przeponowe, czyli powolny wdech z maksymalnym uwypukleniem brzucha, następnie wydech, podczas którego ściągnij mocno mięśnie brzucha. Zawsze wykonuj wdech nosem, a wydech ustami.

Ćwiczenie stóp – poprawa krążenia i zmniejszenie obrzęku
Naciśnij piętami na podłodze, napnij mięśnie łydek i ud, wstrzymaj na krótką chwilę, następnie rozluźnij.

Wykonaj krążenia stóp w prawo i w lewo.

Ćwiczenia rąk
Zaciśnij dłonie w pięść, a następnie otwórz je.

Rozstaw palce u rąk, a potem je złącz.

Wykonaj krążenie nadgarstków, w prawo i w lewo.

Ćwiczenia kręgosłupa i miednicy
Leżąc na plecach, zegnij prawą nogę w kolanie, podnieś nogę w górę i wyprostuj w kolanie, następnie powoli ją opuść wydychając powietrze.


Leżąc na plecach ćwicz wypychanie bioder,  w górę i w dół na zmianę. Nogi muszą być wyprostowana, a pięty dotykają podłogi.

Leżąc na plecach zegnij nogi w kolanach, połóż ręce wzdłuż tułowia i oprzyj je o podłogę, następnie unoś biodra w górę mocno ściągając pośladki, jak przy ćwiczeniach na zgrabną dupcie.

Leżąc na plecach zegnij nogę w kolanie tak mocno, aż uda ci się zetknąć udo z twoim brzuchem .

Od 7 doby do końca połogu (6-8tydz.)

Leżąc na plecach z ramionami założonymi za kark, spróbuj podnieść się do pozycji siedzącej. Nie ciągnij głowy ani karku rękami, tylko podnoś plecy. Możesz zgiąć lekko kolana.

Pozycja na pieska z szeroko rozstawionymi rękami i nogami. W takiej pozycji unosimy  głowę i grzbiet ku górze i opuszczamy napinając mięśnie, ściskając pośladki.

Siedząc wygodnie w fotelu i czytając książkę, umieść elastyczny przedmiot między kolanami, np. gumowa piłkę i ugniataj go.

Wszystkie ćwiczenia wykonujemy codziennie w maksymalnej liczbie powtórzeń, nie doprowadzając się do zmęczenia, przecież musimy jeszcze mieć siłę na pomalowanie paznokci ;-)."


Serdecznie zapraszam do odwiedzenia bloga Eli Milamalin! Mam nadzieję, że taka nasza, mała blogerska współpraca i Wam się podobała :)

3/15/2015

Wielkanocne inspiracje

Wielkanocne inspiracje
W niedzielę staram się przygotowywać dla Was lekkie i przyjemne posty. Dziś garść wielkanocnych inspiracji- może dzięki nim stworzycie jakieś piękne dekoracje na tegoroczne Święta.
Wszystko znalezione na Pinterest :)














Na koniec zapraszam Was po piękne świąteczne tagi prezentowe, które odnalazłam również za sprawą Pinteresta. Możecie je pobrać tutaj.

Dla wszystkich tych, którzy nie śledzą nas na FB udostępniam link do katalogu MM Dadaka, w którym możecie znaleźć Melanię prezentującą kolekcję pieski. Proponowałam firmie- zupełnie bezinteresownie- post na ich temat, jednakże na moją propozycję (powtórzoną trzykrotnie) nikt nawet nie zareagował. Nie będę więc, bez zgody firmy, prezentować jej na łamach mojego bloga.

Katalog MM Dadak

Oto przed Wami moja mini modelka :)




3/13/2015

Moda mamy Melanii

Moda mamy Melanii
Mój blog z założenia miał być blogiem modowym. Chciałam prezentować stylizacje dla dzieci za grosze, stylizacje trochę mniej oklepane i trochę mniej różowe.
Jak każda kobieta uwielbiam ubrania, ale mam bardzo ograniczony budżet w tej kwestii, powiedziałabym wręcz, że praktycznie go nie mam. W kwestii ciuchów kombinuję jak mogę i jedynymi sklepami, do których wchodzę niezależnie do sezonu, są lumpeksy. Jeśli chodzi o galerie, zaglądam tam co wyprzedaż. Mam niejako farta, bo noszę najmniejsze rozmiary, które zwykle zostają na wieszakach do ostatniej chwili. Mam w szafie spodnie przecenione ze 120 zł na 15, sukienki przecenione z 200 zł na 25, staniki kupione w sieciówkach za grosze- sama czasem nie mogłam uwierzyć, że się ostały jeszcze w sklepie ;). Wielką miłością darzę lumpeksy i choć pod ostatnim wpisem dostałam komentarz, że rzeczy które Wam pokazałam są sprane i znoszone, będę dalej odwiedzać second handy i nosić te sprane i znoszone szmatki, które dla mnie są oryginalne, wyjątkowe i bardzo ładne.
Jak ubieram córę- wiecie i widzicie. Ale jak ubieram się ja? Lubię być modna, ale w granicach rozsądku. Noszę rurki, bo uważam że dobrze w nich wyglądam, noszę ramoneskę od czasów liceum, czyli około 10 lat- wiem, że to aktualne trendy, ale rurki można mieć inne niż wszyscy, a ramoneska to dla mnie wygodna kurtka, dopełnienie wielu stylizacji. Mam słabość do pewnych trendów, ale nie znoszę wyglądać jak każdy na ulicy! Nie chodzi mi o to, żeby wyróżniać się i wyglądać jak hipis. To też nie jest mój styl.
Jak zaprezentowałam w poście o moich lumpeksowych łowach, lubię oryginalne spódnice- moja absolutna słabość. Spódnic mam bez liku, sukienek również mam sporo i choć na co dzień noszę dżinsy i płaskie buty, to w weekendy zawsze staram się ubrać bardziej kobieco, nawet gdy planujemy na całe popołudnie spacer po parku.
Jak wspomniała nie lubię wyglądać jak 3/4 ulicy. Pikowane kurtki w kwiatki, które obecnie świecą na każdej wystawie? Śliczne! Ale w mojej szafie taka się nie znajdzie. Czapka z pomponem jakby oderwanym z tyłka królika? Zabawna, ale ja takiej mieć nie będę, bo w Żywcu ma ją chyba każda Pani, dziewczyna, a nawet babcia... Parka? Uwielbiam parki, ale ja mam taką w kwiatowy wzór moro, której nie widziałam na nikim innym, prócz... mojej siostry ;).
Czy odwiedzam blogi modowe? Teraz już nie mam na to za wiele czasu, bo skupiam się na blogach moich ulubionych blogujących mam :), ale są dwa blogi na które chętnie zaglądam, bo są (moim zdaniem) inne niż sztampowe blogi modowe.
Pierwszy z nich to blog wyjątkowej, bardzo kobiecej Joasi o cudnych włosach (zazdroszczę!).  Uwielbiam zaglądać na jej blog, bo stylizacje Asi odpowiadają mojemu gustowi, a sama blogerka wzbudza zaufanie i sympatię. Niektóre blogujące szafiarki, są takie jakby po drugiej stronie szyby- ciężko mi to wytłumaczyć... Niby są to zwykłe dziewczyny, ale będąc na ich blogach nie czujesz się ani swojo, ani swojsko, jeśli rozumiecie co mam na myśli :). U Asi jest zupełnie inaczej. Widać, że dziewczyna ma styl, że zna się na modzie, na ubraniach, że rozpracowała w czym prezentuje się świetnie, a mimo to, odwiedzając jej blog, nie czujesz protekcjonalnego tonu topowej fashionistki, dlatego też bardzo lubię tam zaglądać.


Kolejnym blogem modowym, na kóry chętnie zaglądam jest blog Julii. Julia prezentuje niezwykle dziewczęco- kobiecą modę, pełną gracji, ale nie sztywną. Prawda jest taka, że odwiedzam jej blog nie tylko by podejrzeć jej stylowe kreacje, ale także (a może przede wszystkim) fantastyczne, wręcz bajeczne zdjęcia!
Zerkam więc na blogi modowe, są też inne, na które wpadam, ale rzadziej i mniej regularniej. Niemniej jednak polecam Wam te dwa- warto się czasem zainspirować :).
Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger