8/31/2015

Ostatnie tchnienie wakacji...

Ostatnie tchnienie wakacji...
Wakacje dorosłych to bardzo krótki epizod. Zazwyczaj tydzień lub dwa, są szczęśliwcy którzy mogą wakacjować się dłużej, są też pechowcy, którzy na wakacje nie wyjeżdżają za często.
Tegoroczne wakacje spędziliśmy na Chorwacji. Urzekła nas ona w zeszłym roku, więc i w tym postanowiliśmy odwiedzić jej kamieniste, śródziemnomorskie plaże. 
Prócz zwyczajowego byczenia się na słońcu, staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej i poczuć klimat tej prawdziwej, a nie kurortowej Chorwacji. Podczas poprzedniego urlopu bardziej odczuliśmy kulturowy klimat tego pięknego kraju, natomiast w trakcie tego, ten pogodowy.
Wakacje zaliczam do jednych ze wspanialszych i pozwalam sobie jeszcze raz poczuć klimat Zadaru, Nin i Zatonu...
Jeśli jesteście ciekawi szczegółowych relacji na temat miejsc, które widzieliśmy zapraszam tutaj, do Zadaru oraz do Nin.

Stylizacje Melanii- niezawodny MM Dadak














8/28/2015

Jak być szczęśliwym? Cztery, proste kroki.

Jak być szczęśliwym? Cztery, proste kroki.
       W zasadzie powinnam zatytułować ten post "Jak być zadowolonym z życia", ale pozostańmy przy bardziej wyrazistej emocji.
       Jestem zdania, że szczęście, poczucie szczęścia, zadowolenia można sobie, a nawet powinno się sobie, wypracować. Szczęście nie spada z nieba, a jeśli spada to w postaci nieokiełznanej fortuny lub sławnego i bogatego kochanka lub jeszcze innych rzeczy nie do końca łatwych do osiągnięcia. Kluczem do codziennej radości jest przede wszystkim dostrzeganie powodów do szczęścia w rzeczach drobnych. Czekanie na wygranie w totka i wiara w to, że wtedy poczuje się szczęście, jest czczą mrzonką. Jeśli jesteś zgorzkniała/y nawet dozgonna miłość Brada Pitta nie odmieni Twojego zapatrywania na życie i ciągle będziesz miał/a niedosyt szczęścia, ciągle będzie Ci mało.
       Radość z własnego życia jest konieczna do tego, żeby w ogóle chcieć żyć. Nieustanne poczucie braku, niedosytu i ciągła żądza czegoś więcej trawi od środka. Nie mam tutaj na myśli żądzy wiedzy motywującej nas do ciągłego samorozwoju czy żądzy bycia lepszym, mam na myśli zupełnie negatywne, czcze pragnienia i niedosyty, które nie do końca są od nas zależne, a skutecznie psują humor i niszczą poczucie zadowolenia.
       Co więc zrobić, by wyzbyć się zgorzkniałości i poczuć radość na myśl o porannej kawie czy spacerze z mężem i córką na plac zabaw?
       Przestań się porównywać. Zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy od Ciebie, bogatszy, mądrzejszy, z lepszym stanowiskiem czy statusem społecznym. Nigdy nie będziesz miała długich nóg Anki czy naturalnie pięknych, falowanych włosów Magdy, masz za to przepiękne oczy i świetny dekolt, być może masz też super faceta, który ani w Ance ani w Magdzie nie widzi nic nadzwyczajnego. Podoba Ci się auto Twojego znajomego, a może nowy model telefonu koleżanki, myślisz, że wszystko by się odmieniło, gdybyś to miał/a. Siądź i pomyśl na spokojnie jak długo odczuwałabyś ów "nabyte" szczęście, jeśli byś w końcu kupiła sobie to auto czy telefon. Jak długo potrwa fascynacja nową rzeczą i jak szybko zniknie, pozostawiając Cię z Twoją zgorzkniałością i ciągłym niedosytem? Nowy telefon nie sprawi, że poradzisz sobie z tym co jest prawdziwą przyczyną Twojego smutku i rozgoryczenia.
       Przestań zazdrościć. Motywująca zazdrość jest fajna. Jeśli zdrowo zazdrościsz, zaczynasz pracować i sumiennie dążysz do obranych celów, do tego by więcej umieć, więcej wiedzieć, być lepszym, szybciej awansować, schudnąć itd., itp. Najgorszy rodzaj zazdrości to ten, który trawi Cię od środka, sprawia, że zaczynasz nie lubić i nienawidzić ludzi, którzy w Twoim mniemaniu mają lepiej od Ciebie. Powoli dochodzisz do wniosku, że swoją sytuację zawdzięczają temu, że kradną, albo mieli operacje plastyczne lub tylko udają, że im się układa. Przekonujesz siebie, że nie zasługują na szczęście, które ich spotkało, życzysz im źle, robiąc sobie i wszystkim naokoło wielką krzywdę. Zazdrość to jeden z grzechów głównych, nie bez przyczyny.
       Skup się na pozytywach. Każdy z nas ma milion powodów do szczęścia: Pani na kasie, która obsługuje Cię w hipermarkecie, lekarz pediatra Twojego dziecka, nauczycielka chemii, fryzjerka z małego salonu obok i Ty. Powodem do szczęścia powinien być drobiazg, który choć trochę rozjaśnia ponury dzień. Każdy z nas ma problemy, każdy choruje, jedni mają lżej inni ciężej, ale to nie oznacza, że Ci co mają ciężej, paradoksalnie, nie są i nie mogą być szczęśliwsi. Wkurza mnie, że nie mogę znaleźć godnej pracy, wkurza mnie, że nie stać nas na własne mieszkanie, ale co z tego, skoro mam wymarzoną, najlepszą córkę i męża (to przecież jest prawdziwy dom), cudownych rodziców, w których mam oparcie i co by się nie stało, mogę do nich wrócić na garnuszek, bo ten garnuszek dla mnie i mojej rodziny choćby nie wiem co, zawsze się znajdzie. Co z tego, że nie mam pracy, dziś jej nie mam, ale to nie znaczy, że jutro nie znajdę. Kocham moje życie: gotowanie obiadów, zajadanie pysznych deserów, które sama przyrządzam, kawę z naszego wyczekanego ekspresu, wycieczki rowerowe z rodziną, spacery na przepiękne uroczysko w okolicy. Nikt nie ma lepszego życie niż moje, nikt nie ma lepszego życia niż Twoje.
       Skup się na drobiazgach. Szczęście to nie jest fortuna w sejfie, to nie jest stanowisko znanej na całej województwo sędziny, to nie willa o powierzchni kilometra kwadratowego. Szczęście to zapach chleba, śmiech Twojego dziecka, rodzinne układanie puzzli czy granie w Monopol, szczęście to posuwanie się naprzód w swojej pasji, to zdobywanie wiedzy, to spotkanie z najlepszą koleżanką, kieliszek czerwonego wina wypity z mężem wieczorem przed ulubionym filmem. Jeśli zaczniesz się cieszyć z nowego ciuszka upolowanego w lumpeksie, przestaniesz myśleć, że nie stać Cię na tą śliczną bluzkę z Mango. Bluzkę z Mango każdy może kupić, ale taki płaszczyk jak Ty wczoraj upolowałaś w sh, znalazłaś tylko Ty i tylko Ty będziesz w nim chodzić po mieście.

A to mój mały powód do szczęścia:
kawa


8/26/2015

Sukienka z podkoszulka

Sukienka z podkoszulka
Prawie rok temu chwaliłam się Wam w poście na temat kwiatów, które warto mieć w domu, pierwszą uszytą przez siebie sukienką (tutaj). Dziś przypominam Wam to, co zdziałałam i jak się sprawuje. Sukienkę szyłam na maszynie teściowej, bez żadnego kroju, z podkoszulka mojego męża. Przyznaję, że teściowa pomogła mi wszyć koronkę w rękawki, ale z całą resztą podołałam sama. Nic wielkiego- wiem, ale patrzcie jak fajnie wygląda. Nie ma jak prostota, nie ma jak recykling i no nie ma jak dzieło mamy ;).










8/24/2015

Jak nauczyć dziecko oszczędzać i zobrazować mu wartość pieniądza

Jak nauczyć dziecko oszczędzać i zobrazować mu wartość pieniądza
     Gdy byłam nastolatką a może dzieckiem, wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że dzieci nie powinny w domu słuchać rozmów o pieniądzach. Byłam świadkiem takich dyskusji i choć nie pamiętam ich merytorycznego przebiegu, utkwiły mi w pamięci dwa skrajne stanowiska: rozmawiać i uświadamiać lub traktować te tematy jako tabu.
     Osobiście jestem zdecydowaną zwolenniczką, by dzieci uczyć wartości pieniądza i tego, że nie spadają one z nieba. Sądzę, że roszczeniowa i infantylna pod tym względem postawa niektórych osób, wynika właśnie z tego, że nie zostali oni nauczeni szacunku do pracy rodzica i pieniędzy.

Jak nauczyć dziecko szacunku do naszej pracy i jednocześnie nie zbudować jego życia wokół problemu posiadania lub nieposiadania określonej sumy i tym samym pewnego statusu społecznego?

     Po pierwsze nie traktuj Waszej sytuacji rodzinnej jako tajemnicy. Jeśli nie należycie do klasy zamożnej, a Wasze dziecko do szkoły dojeżdża autobusem nie dlatego, że wygodniej, tylko dlatego, że nie stać Was na auto, nie ma sensu okłamywać pociechy. Tylko dzieci świadome i wspólnie odczuwające Waszą sytuację, mogą nauczyć się zrozumienia i empatii. Nie chodzi o to, żeby mówić 7-latkowi, że jesteśmy biedni, chodzi o to, żeby tłumaczyć dziecku od najmłodszych lat, że naszej rodziny na to nie stać i robić to w możliwie najprostszy i dopasowany do wieku dziecka sposób. Tylko dziecko świadome naszej, wspólnej przecież, sytuacji materialnej, będzie wiedziało w przyszłości o co wypada, a o co zupełnie nie wypada rodzica prosić (tym bardziej, że dla większości, odmawianie dzieciom jest bardzo trudne, nawet jak ma ono już naście lat).
     Jeśli decydujecie się na większy wydatek, a dziecko jest świadome pewnych rzeczy, mówcie o tym otwarcie. Możecie podzielić się z dzieckiem tym, jak długo na to oszczędzaliście, zaznaczyć, że dlatego właśnie nie dostało nowej kurtki, tylko chodzi w tej po kuzynie i że wspólny wysiłek jest teraz z pożytkiem dla Was (wymiana auta, wakacje, nowa lodówka). Staramy się z mężem uświadamiać córkę, że na pewne rzeczy pracuje się dłużej i żeby je mieć, trzeba odmówić sobie czegoś innego. Pokazujemy to na jej własnym przykładzie, pozostawiając wybór czy chce teraz coś skromniejszego czy woli poczekać np. miesiąc i dostać dużo lepszą wersję zabawki (np. mały zestaw lego lub duży za jakiś czas). Tłumaczymy też córce ile tata musi pracować dni czy tygodni na pewne rzeczy, żeby choć trochę przybliżyć jej wartość pieniądza i pracy.
     Kiedy dziecko jest już na to gotowe, zacznij dawać mu kieszonkowe. To nie musi być 50 złoty, żeby pojąć ideę gospodarowania wystarczy nawet kilka monet. Dziecko musi zrozumieć, że gdy dochód się skończy, będzie musiało poczekać do konkretnego dnia na kolejną "wypłatę", a jeśli chce coś droższego, musi uzbroić się w cierpliwość i zbierać pieniądze. Gdy będzie starsze opowiedz mu co trzeba opłacić, na co wydajecie rodziną najwięcej pieniędzy i że życie, które nawet nastolatkowi może wydawać się pozbawione kosztów, kosztuje najwięcej (wynajem mieszkania, benzyna, prąd, gaz, opał, jedzenie, leki itd.). Jeśli chcesz wytłumaczyć to młodszemu dziecku, możesz posłużyć się obrazami, mapami myśli itp. Możecie całą rodziną pokusić się także na wspólne, miesięczne rozliczanie, prowadzenie rachunków na komputerze, obliczanie co pochłania najwięcej pieniędzy i jak można zoptymalizować ich wydawanie by starczało np. na wspólny wypad Waszej rodziny do kina raz w miesiącu.
     Najważniejsze jest jednak to, by wpoić dziecku, że jego wartość i samoocena nie ma nic wspólnego z tym, jaki status społeczny reprezentuje (tym bardziej jeśli to, co posiada, tak naprawdę, zostało wypracowane przez rodziców: pokaż dziecku jak prostackie jest przechwalanie się majątkiem rodziców, udowodnij że najbardziej cieszy to, do czego doszło się samemu). Dziecko musi być uczone pewności siebie na podstawie tego, kim jest a nie tego, co posiada. Przeraża mnie, gdy wychodzę z córką na plac zabaw i większość dzieci, po przedstawieniu się, zaczyna licytować się na to, gdzie było na wakacjach i jak długo. Choć moje dziecko podróżuje od małego i wiele już widziało, nie ma w sobie chęci przechwalania. Nie przechwala się ilością zabawek czy sukienek w szafie i jako matka jestem z tego bardzo dumna. Nie mam pojęcia jak to możliwe, że 4-letnie dziecko zapoznając się z moją córką, w drugim zdaniu zarozumiałym tonem wymienia, że leciało samolotem i było dwa tygodnie w Turcji. Moje dziecko nie pamięta nawet nazwy kraju, w którym byliśmy w te wakacje. Obraz dziecka to mikro odbicie rodzica, ale w wieku przedszkolnym dochodzi do tego spory wpływ grupy rówieśniczej i to najwyższa pora, by reagować i uczyć. W przeciwnym razie za 10 lat w naszym domu może mieszkać zupełnie obcy człowiek, który określa swoją wartość przez bywanie w starbaksie, ciuchy z zary, buty najki i konkretny model ajfona.
wartość pieniądza

8/21/2015

Gdy wchodzisz do mojego domu, pamiętaj że mam posprzątane. Zostaw buty na wycieraczce i włóż moje kapcie.

Gdy wchodzisz do mojego domu, pamiętaj że mam posprzątane. Zostaw buty na wycieraczce i włóż moje kapcie.
Wchodzisz na mojego bloga, zupełnie bez przyczyny, trafiasz tu przypadkiem, czytasz wpis, zostawiasz komentarz. Wpis Cię rozdrażnił, nie zgadzasz się z nim, podobnie jak ja nie zgadzam się z tysiącem rzeczy, więc otwieram Ci drzwi- polemizuj ze mną. Możemy się pokłócić, możemy nie dojść do porozumienia- podobnie jak ja często do niego nie dochodzę, nawet z najbliższymi. Mimo wszystko dobrze jest podyskutować, spierać się, poszerzać horyzonty myślowe.
Wchodzisz też Ty, nie logujesz się, nie podpisujesz, jesteś anonimowy, a ja mam nieoparte wrażenie, że doskonale mnie znasz, być może nawet osobiście. Może jesteś moją koleżanką ze szkoły, może blogerką, która mnie zna i ma konto w Google, może sąsiadką, panią ze sklepiku, a może znasz mnie tylko z bloga. Nieważne kim jesteś, ale ja wiem, że Ty wchodzisz na mojego bloga tylko po to, by uszczuplić się z jadu, który w sobie nosisz.
Jesteś anonimowa, choć czasowników używasz w formie żeńskiej. Nie trudno się domyślić, tylko kobieta może mieć czas na takie głupoty, by przychodzić do mnie, tylko po to by zostawić złośliwy komentarz.
Ja wiem, że mnie nie lubisz, że Cię drażnię, być może jestem podobna do Twojej siostry, którą woleli rodzice a może do koleżanki z klasy, która zawsze była od Ciebie lepsza, a być może to ja nią jestem we własnej osobie. To teraz słuchaj, co ja myślę o Tobie. Myślę, że jesteś bardzo nieszczęśliwa, skoro chce Ci się tracić cenny czas by komuś dopiec, anonimowo. Myślę, że masz nieciekawą sytuację: może masz męża, który woli kolegów niż Ciebie, a może od lat tego męża upolować nie możesz, może mieszkasz w klicie i zazdrościsz mi tych czterech ścian, które teraz wynajmuję, więc musisz ulać trochę żółci i nagadać na wystające rury, a może masz piękne, wielkie mieszkanie, które zasponsorowali Ci rodzice, a Tobie nawet nie chce się go posprzątać. Wiem jedno, przychodzisz do mnie po to, by zostawić komentarz, który świadczy, że jesteś na poziomie zazdrosnej, rozpieszczonej nastolatki, która nie może pogodzić się z rzeczywistością, z pryszczem na brodzie, więc wszystkim naokoło próbuje zatruć życie. Być może na moim blogu znalazłaś ujście, a być może robisz to w skali masowej, może to Twoja psychoterapia, a może po prostu już tak nisko upadłaś.
Nie zatrujesz mi życia, bo mogę podejrzewać kim jesteś, mogę podejrzewać jak bardzo jesteś sfrustrowana i jak bardzo mnie nie znosisz. A samo nienawidzenie kogoś, tak mocno zatruwa życie, że ciężko jest być szczęśliwym. Podejrzewam, że nie znosisz każdej innej osoby, której czegoś zazdrościsz: ładniejszej koleżanki, mądrzejszej siostry, bogatszej kuzynki, zgrabniejszej przyjaciółki, która ma super męża i bystre dziecko, współpracownicy, która awansowała pomimo, że to Ty tkwisz w pracy latami, a ją przyjęli zaledwie pół roku temu.
Mam dla Ciebie radę: zajmij się sobą. Jest mnóstwo osób, które mnie czyta, po to żeby dowiedzieć się czegoś nowego, żeby obejrzeć zdjęcia, zainspirować się nowym przepisem, albo kupić fajną przyprawę. Staram się prowadzić ten blog na poziomie, dla wszystkich i dla siebie. Chcę zapraszać tutaj ludzi życzliwych, zwykłych, takich jak ja: mądrych i głupich, biednych i bogatych, młodych i starych, ale takich, którzy nie noszą jadu i nie plują nim na odległość, bez cywilnej odwagi żeby się przedstawić.
Znasz mnie, widzisz mnie na zdjęciu, wiesz kim jestem, co lubię i co robię, dzielę się z Tobą moją wiedzą, moimi pasjami, staram się być życzliwa i uśmiechnięta. Nie lubisz mnie, drażnię Cię? To odpuść, nie zaglądaj tu tylko po to, żeby pozbyć się trochę żółci. Pozwól mi żyć w moim szklanym kloszu, gdzie wszyscy są życzliwi i cieszą się razem ze mną tym blogiem i rurami w przestronnym mieszkaniu z balkonem. Życzę Ci takiego fajnego mieszkania, chęci żeby go przyozdobić i wysprzątać, żeby ugotować ciepły obiad i wyjść z dzieckiem na dwór albo z chłopakiem na randkę. Życzę Ci, żebyś patrzyła w swoje gniazdo i naprawiała swoje życie, bo moje jest w porządku, nawet z rurami grzejnika na wierzchu.
Z całego serca Ci tego życzę, żyj i pozwól żyć innym.


8/19/2015

Weź się za siebie, matko!

Weź się za siebie, matko!
        Kiedyś przeczytałam, że w jakiejś kulturze (nie pamiętam jakiej) kobiety po zamążpójściu obcinały włosy, które są jedynym widocznym wabikiem seksualnym. Podobnie jak zakonnice je zakrywają, tak mężatki obcinały je na znak tego, że są już zajęte i nie mają potrzeby kusić mężczyzn.
          Mam wrażenie, że zwyczaj ten pokutuje do dziś i jeśli nie po ślubie, to po porodzie spora część kobiet ścina włosy. Abstrahując od aspektów wygody, zmian konturów twarzy itp jest to niezwykły symbol tego jak małżeństwo oraz macierzyństwo odmienia niektóre z nas. Podobnie oczywiście dzieje się z mężczyznami, ale dziś nie o nich, dziś im odpuszczam. Zawsze możecie sięgnąć do jednego z moich ostatnich postów, który wzbudził troszkę kontrowersji zarówno części damskiej oraz męskiej czytelników "10 sposobów by zniszczyć swój związek".
        Ja nie obcięłam wprawdzie włosów i nie przytyłam 10 kilogramów, ale wskoczyłam w poplamione obiadem dresy i schowałam kosmetyczkę na strychu u rodziców na jakiś czas. Nie uważam, że dobrym rozwiązaniem byłoby bieganie w szpilkach po domu z perfekcyjnym smokey eye i włosami wypacykowanymi jak na pokazie Victoria's Secret, ALE!
      Jestem zwolenniczką braku makijażu, dobrze się bez niego czuję i nie uważam, że oko wymalowane wyłącznie na większe wyjście to grzech. Uważam jednak, że był w moim życiu taki moment kiedy popłynęłam z matkowaniem, z gospodarzeniem i każdego dnia wyglądałam jak skacowana koleżanka Pana Zdzisia, który mieszka w pubie "U Władka".
            Tłuste włosy wiodły prym, powyciągany dres zastępował kuchenną ścierkę, a krem do golenia często był towarem reglamentowanym w mojej łazience. Mogłam wyglądać jak zmokła kura, mogłam pachnieć wyłącznie curry i mlekiem, mogłam zapomnieć umyć włosów przez pięć dni, ale nie mogłam nie upiec ciasta na poobiedni deser.
        Abstrahując od tego co na ten temat sądził mój mąż, przestałam istnieć jako kobieta i ograniczyłam się do bycia matką i gospodynią domową z główną szkodą dla mnie. Nastał moment, że unikałam odbicia w lustrze, że cieszyłam się gdy mąż miał nadgodziny i wracał do domu, gdy było już ciemno, że odprowadzałam córkę do przedszkola w czapce nie dlatego że było zimno... Zatraciłam się w roli matki i usłużnej żony, dramatem było dla mnie, gdy nie zdążyłam zrobić obiadu na dwa dania, bo prasowałam i sprzątałam cały dzień. Miałam natomiast gdzieś, że w między czasie nie zdążyłam uczesać włosów i przebrać splamionych legginsów, choć zdecydowanie powinnam to zrobić, tym bardziej że nie zajęłoby to więcej niż pięć minut.
         Nie pomagał mi fakt, że jestem gospodynią domową, czy jak kto woli: home managerka, na pełnym etacie. Nie miałam presji z zewnątrz, żeby wyglądać dobrze, odczuwałam natomiast silną presję wewnętrzną żeby mój dom, obiad i deser wyglądały perfekcyjnie.
Czy naprawdę tak wiele potrzeba, żeby pielęgnować w sobie kobietę, a jednocześnie by dom na tym nie ucierpiał? Absolutnie nie. Wystarczy tylko dobrze zorganizować ten niewielki nadprogramowy czas, by w pełni wykorzystać go dla siebie.
          Tak niewiele potrzeba by dobrze się z sobą poczuć i by zawsze czuć się kobieco. Świeże włosy, opięte legginsy zamiast poplamionych dresów, maseczka stosowana regularnie podczas prasowania stert koszul, pomalowane paznokcie u stóp (tak rzadko trzeba poprawiać pedicure ;), on jest prawie niezniszczalny!). Nie musisz robić perfekcyjnego makijażu każdego ranka, nie musisz gotować obiadu w małej czarnej ani podawać do stołu z włosami, które wcześniej upinałaś dwie godziny. Wystarczy niewiele i przede wszystkim wystarczy pamiętać, że oprócz bycia mamą, kucharką, sprzątaczką, praczką itd, jesteś przede wszystkim kobietą. I to fajną babką!


To fantastyczne zdjęcie zrobiła mi Ewa z bloga dihanea, zapraszam także do jej galerii zdjęć na facebooku. MUA mojego autorstwa, bo naprawdę nie trzeba wiele, żeby wyglądać dobrze.


8/17/2015

W poszukiwaniu straconego...

W poszukiwaniu straconego...
Niezwykle cieszy mnie trend folklorystyczny, który pojawia się w obecnej modzie. Kwieciste spódnice, wianki na głowie, wypoczynek na polskiej wsi, rustykalne meble z solidnego drewna, szydełkowe obrusiki, docenienie rękodzieła. Mam nadzieję, że trend ten zmierza w dobrym kierunku, w kierunku wyniesienia na piedestał tego, co polskie, tego, co rodzime, co zrobione ręcznie, co jest typowo nasze.
Jesteśmy trudnym narodem, który posiada kompleks zachodu i kompleks wschodu. Wstydzimy się integracji ze wschodem, dążymy do tego by przypominać zachodnich sąsiadów, nosić się jak Kate Moss koniecznie w ciuchach z Zary, śmigać po uczelni z ajfonem w jednej ręce i kubkiem ze starbaksa w drugiej. Wydaje nam się, że jesteśmy w czymś gorsi od Niemców czy Brytyjczyków, a z niewiadomych przyczyn lepsi od Rosjan czy Ukraińców. Jesteśmy narodem zakompleksionym i jednocześnie skrajnie dumnym, narodem narzekaczy z ogromnym potencjałem, który tego potencjału albo nie widzi albo nie potrafi wykorzystać.
Zewsząd słyszymy, że to co polskie jest dobre (i tak jest!) a jednocześnie zamiast kupić córce opaskę u znajomej rękodzielniczki biegniemy do H&M, zamiast pójść do lokalnego stolarza wybieramy tandetną Ikeę, zamiast kupić jogurt z regionalnej mleczarni wybieramy ten robiony dokładnie w tym samym miejscu, ale sygnowany Danonem. Nikt mi nie wmówi, że to dlatego że taniej, bo kochani, nie jest taniej! To kolejny absurd sączony nam do głów, przez ludzi, którzy z wygody i lenistwa nawet nie poszukają, nie sprawdzą.
Gdy w Polsce mamy piękną, wymarzoną pogodę wszyscy narzekają, że upalnie, że za gorąco i odliczają dni do wyjazdu do Tunezji czy innej Bułgarii, żeby smażyć się na plaży a potem chwalić gdzie to się nie było, chociaż nic prócz hotelowego basenu się nie widziało. Na wakacje jeździmy po całym świecie bez mrugnięcia wydając grube tysiące, na słowo "Krzyżtopór" pytamy co to za sprzęt, a na hasło "Moszna" głupio się uśmiechamy.
Mieszkamy w pięknym kraju, pełnym nadzwyczajnych zabytków, wspaniałych rezerwatów, gdzie roi się od utalentowanych i wykształconych ludzi. Mimo wszystko krytykujemy to, co nasze, narzekamy, dołujemy się wzajemnie, jednym zdaniem "robimy do własnego gniazda". Skończmy z tym w końcu, możemy zacząć choćby tutaj: w blogosferze. Zamiast wzbudzać niepotrzebne aferki o tym, czy matka po cesarce jest matką, a dziecko nie urodzone naturalnie ma prawo do życia, zacznijmy współdziałać. Przestańmy zazdrościć, przestańmy się krytykować, przestańmy być dla siebie podli i złośliwi.
A jeśli już coś trzeba naprawiać, to zacznijmy od siebie.

prowansalski, sosnowy regał- Drewno i Pasja
szydełkowy obrus- rękodzieło autorstwa mojej mamy
drewniane zabawki- po moim mężu
bluzeczka i korale Melanii- po mnie  :) (z mojego osobistego krakowskiego ubranka)
spódniczka- sh



















8/14/2015

Cotton balls czyli o co tyle szumu?

Cotton balls czyli o co tyle szumu?
      Nie pamiętam gdzie pierwszy raz zobaczyłam te migotliwe kule, ale pamiętam że potem widziałam je wszędzie. W serialach np. "Prawo Agaty", na blogach, przewijały się w internecie i telewizji. Nie miałam jednak okazji zobaczyć ich na żywo. To znaczy, kiedyś miałam, ale były robione przez rękodzielniczkę, według jej wizji i gustu. Bardzo mi się wtedy spodobały i stwierdziłam, że skoro ktoś potrafi to i ja sobie zrobię. Miałam to w planach przeszło pół roku i dalej pozostaje to w sferze planów. Żeby wykonać kulki trzeba kupić odpowiedni klej, baloniki itd, trzeba zainwestować w to troszkę pieniążków i mnóstwo czasu. Nie chciało mi się, nie miałam czasu,wizja kulek ozdabiających kącik Melanii robiła się coraz bledsza, aż w końcu zapomniałam o tym ślicznym detalu.
Kiedy jednak kulki pojawiły się w naszym domu, stwierdziłam, że dobrze że nie podjęłam się żmudnej pracy. Prawdopodobnie mnie nie udało by się uzyskać profesjonalnego efektu, a kulki które mamy są śliczne i solidne.
     Kiedy kurier zapukał z prezentem, nie mogłam się powstrzymać i od razu otwarłam pudełko. W środku zamknięte były kulki, kabelek z 10 żaróweczkami oraz dwoma zapasowymi i instrukcja obsługi. Troszkę zdziwiona byłam, że sama mam powycinać otworki by włożyć do środka żaróweczki. Mimo wszystko nie było to trudne zadanie ;), migiem skomponowałam swój łańcuch i podłączyłam do prądu. 
       Kuleczki Cotton Ball Lights dają piękną poświatę, delikatne, romantyczne światło przy którym dziecku miło będzie usypiać a dorosłym raczyć się lampką wina. Nawet gdy nie są zapalone, będą uroczą ozdobą każdego wnętrza, czy to nowoczesnego czy w stylu rustykalnym czy nordyckim. 
       Jeśli wciąż wahasz się nad kupnem tych światełkiem, pora odwiedzić stronę firmy Cotton Ball Lights i zamówić kuriera. Przesyłka jest ekspresowa, a Ty decydujesz jakie kolory kulek wybierasz i jaką długość łańcucha. Jeśli nie masz pomysłu na aranżację kolorystyczną możesz skorzystać z gotowych wzorów, choć moim zdaniem, dobór kolorów to najlepsza cześć zabawy. 
Jako osoba, która kontaktowała się z firmą Cotton Ball Lights zaręczam, że w firmie pracują profesjonalni, rzetelni i bardzo uprzejmi ludzie. Pani Joanna, z którą ustalałam szczegóły co do ich partnerstwa w Blogowe Love była życzliwa, cierpliwa i fachowo podeszła do naszej współpracy. Podobnie jak Pani Monika z którą również miałam kontakt. Dla mnie taka wizytówka firmy tym bardziej przemawia za tym, żeby to właśnie tam składać swoje zamówienia. Szczerze polecam.

Jesteście ciekawi jakie ja kolory wybrałam?

cotton balls light

cotton balls light

cotton balls light

cotton balls light

8/12/2015

Widzialne efekty naszej pracy czyli co przytargałam z Blogowe Love

Widzialne efekty naszej pracy czyli co przytargałam z Blogowe Love
Co tu dużo mówić! Patrzcie i cieszcie oczy :)

Ręcznie szyta sówka od Pani Niteczki- niezwykle ciepłej i utalentowanej osoby. Pani Niteczka to firma godna zaufania: wszystko w terminie, piękne i w dodatku z opakowaniem. Polecam zamawianie jej przepięknych wyrobów, które wykonuje z pasją przede wszystkim na prezenty dla Waszych pociech. Uszytki są urocze, porządne i wyjątkowe.


8/10/2015

10 sposobów by zniszczyć swój związek

10 sposobów by zniszczyć swój związek
        Dużo pisze się o tym jak naprawić relacje, ożywić uśpione uczucia, rozpalić na nowo dawną namiętność. To jest jednak bardzo trudne i żmudne zadanie, które wymaga obustronnego zaangażowania i wysiłku.
      Związek to relacja dwojga i żeby był on dostatecznie mocny i satysfakcjonujący trzeba włożyć w niego mnóstwo pracy i jednocześnie działać wspólnie w tym samym kierunku. Czasem obie strony pracują, ale działania kierując w zupełnie inne strony i niby się starają a związek jakimś cudem się sypie.
        Nie jestem w stanie Wam podpowiedzieć jak to zrobić, żeby żar namiętności nigdy nie wygasał, a nuda i monotonia nie dotyczyły Waszego małżeństwa/związku, mogę Wam za to podpowiedzieć jak skutecznie i błyskawicznie zepsuć to, co wypracowaliście:

1. Mieszkacie razem, po co więc wychodzić na randki? Szkoda czasu na dojazd, szkoda pieniędzy na kino. Ileż prościej jest wyciągnąć paczkę chrupek i skonsumować je wspólnie przed telewizorem oglądając kolejny odcinek "Trudnych spraw" czy "Detektywów"? Nie musisz myć tłustawych włosów, ani malować oczu, a Twój facet nie musi zmieniać przepoconego podkoszulka i golić zarostu, który wcale nie sprawia że wpisuje się w obecne trendy. Wygodnie, przyjemnie, po najmniejszej linii oporu, w końcu po to razem zamieszkaliście, prawda?

2. Idziesz do ubikacji? Super! Pochwal się tym drugiej połowie. Najlepiej zostaw uchylone drzwi tak żeby dźwięki rozchodzące się po mieszkaniu nie pozostawiały żadnych złudzeń, być może ukochana/ny idąc do pokoju obok zobaczy to i owo lub nawet poczuje, a wszystko dlatego, że między Wami nie ma tajemnic! Przecież jesteście w związku, na tym to polega żeby się siebie zupełnie nie krępować.

3. Koniec ze wstydem. Śpijcie nago, jedzcie nago, chodźcie nago po domu- opatrzcie się sobą tak mocno na ile to możliwe. Po co nutka tajemniczości, po co ładna bielizna, po co tracić czas na ściąganie ubrań i kuszenie zalotnymi ciuchami, jak można od rana do nocy chodzić w stroju Adama i odciskać ślad dupska na każdej kanapie?

4. Jesteście po ślubie? Zamieszkaliście razem? No to znak, że już będziecie z sobą do końca życia. Rozwody nie istnieją, walizek nie macie. To czyste błogosławieństwo, żeby dzień zaczynać od frytek, na obiad zjadać tort szwarcwaldzki, a na kolację trzy zestawy z pobliskiej budy z fastfoodem. Co z tego, że w końcu dobijesz do 100 kg mając 160 cm wzrostu? Ktoś chyba ślubował, tak? Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, tak? Przecież otyłość to choroba naszych czasów. Mieściłeś się w koszulkę M przed ślubem, a Twoja ukochana w S, pora to zmienić i zamienić się w rasowe wieloryby!

5. Skończył Ci się balsam do ciała i perfumy, masz odrost na pół głowy? Co z tego? Przecież masz cudownego mężczyznę u boku, w którego oczach możesz się przeglądać i dla którego jesteś i będziesz zawsze najpiękniejsza. Po co tracić czas na piling ciała w łazience jak możesz go spędzić oglądając z ukochanym kolejny odcinek "Pielęgniarek"? Po co robić maseczki, farbować odrosty, depilować nogi? Masz swojego adoratora, zrzucaj ciuchy wedle punktu trzeciego i śmigaj odciskać tyłek na kanapie. Nie zapomnij tylko chwycić po drodze czwartej paczki czipsów.

6. Spędzacie z sobą niemal każdy dzień, znacie się jak łyse konie. Nie ma sensu rozmawiać, nie ma sensu pytać co u drugiej połówki, przecież jesteśmy w stanie to wszystko wyczytać z twarzy. Strzępienie języka jest bezcelowe w przypadku związków z długim stażem, najlepiej rozwalić się wygodnie na kanapie i obejrzeć coś w telewizji, a jeśli są wakacje i lecą tylko powtórki to przecież macie laptopy, komputery, smartfony i inne wynalazki! Twój facet może pograć w CS, a Ty pooglądać youtuberki jak ćwiczą lub się malują- popatrzeć nie zaszkodzi, prawda?

7. Przytulanie i trzymanie za ręce jest dobre dla nastolatków. Seks jest ok, ale tylko taki który określić można słowami "wlazł, wylazł". :D

8. Komplementy? Jakie komplementy? Komplementy to można mówić jak się startuje do dziewczyny. Twoja żona/partnerka powinna już mieć zakodowane, że zawsze wygląda pięknie: na co dzień w dresach i od święta w ponętnej sukience. Nie ma sensu jej komplementować, a może po prostu nie ma sensu na nią patrzeć (wtedy tak ciężko zauważyć nową fryzurę czy seksi spódnicę na jej nadal zgrabnym tyłku- nie patrzysz nie widzisz, po problemie, ona i tak powinna wiedzieć co myślisz...)?

9. Uwodzenie? Tak, uwodzenie to dobra rzecz na początku związku. Faceta trzeba uwodzić, trzeba flirtować, ale jaki jest sens robić to gdy jesteśmy z sobą już pięć lat? To tylko tracenie czasu na bajery, które Twój facet i tak zna na wylot (w końcu faceci są tacy spostrzegawczy w tych sprawach...).

10. Pamiętaj, że Twoja druga połówka to pewnik,to współlokator w Twoim mieszkaniu, który w zasadzie niczym się nie różni się od ruchomego mebla. Cudownie jeśli posiada dodatkowo umiejętności iRobota Rumby i Thermomixa, a jeśli nie, to niech chociaż przynosi kasę.

Jeśli kiedyś uda mi się wprowadzić wszystkie te 10 punktów w życie, zresztą wystarczą nawet dwa z nich, ale stosowane skutecznie i konsekwentnie to dam Wam znać o rezultatach. Póki co, chcę mieć męża i pełną rodzinę, jeśli zmienię zdanie- obiecuję zastosować własne rady, o ile mój mąż nie zastosuje tych rad przede mną...




8/09/2015

Dzień z życia Melanii

Dzień z życia Melanii
Dzieciństwo to beztroska i radość, to chwile, na które czeka się z niecierpliwością jak wycieczka do zoo czy spacer na lody. Dni powszednie nie różnią się wiele od weekendów, a każdy dzień w 90% wypełnia zabawa.
Wakacje, które teraz ma mała Melania wypełniamy spacerami, zabawą na placu zabaw, niemal codziennymi wyprawami nad pobliski staw, wspólną rodzinną zabawą. Weekendy, ze względu na obecność taty, są jeszcze bardziej wakacyjne. Na śniadanie tata przyrządza nam gofry, a jeśli nie gofry, to ja robię jakieś pyszne pasty lub inne eksperymenty kuchenne. Gdy pogoda dopisuje, nie lubimy siedzieć w domu i marnować słońca. Kto zresztą lubi?
Jesteście ciekawi jak wygląda typowa niedziela w naszym domu. Cóż, w całości poświęcamy ją córce. Myślę, że w każdej rodzinie wygląda to podobnie...


8/06/2015

Tanie ubranka dla dzieci kontra ekskluzywne stylizacje- czy to musi się wykluczać?

Tanie ubranka dla dzieci kontra ekskluzywne stylizacje- czy to musi się wykluczać?
Oglądając trendy w modzie dziecięcej mam wrażenie, że panuje teraz moda na stylizowanie maluchów na dorosłych oraz pokazywanie ich w drogich ciuchach i stylowych dodatkach. Czy moda ta jest przyjemna dla oka i wygodna dla dzieciaków to jedno, ja dziś pokażę Wam że w ciuszkach za parę złoty Wasze pociechy też mogą wyglądać jak w najdroższych zestawach z Zary z ramionkami owiniętymi szalami Burberry.
Diabeł w tkwi w szczegółach. Wiesz to Ty zakładając na nos modne okulary przeciwsłoneczne czy zapinając na nadgarstku stylowy zegarek, dlaczego nie masz tej wiedzy odzwierciedlić w stylizacji dziecka? Dżinsowe rurki i biały T-shirt to stylizacja  na zakupy? Niekoniecznie! Wystarczą czerwone szpilki, złota biżuteria, odpowiedni makijaż i już jesteśmy gotowe na randkę. Chyba już domyślacie się do czego zmierzam? 
Nie lubię marnotrawić pieniędzy, a wydawanie setek na ubranka, które Melania założy góra pięć razy to największa głupota jaką mogłabym zrobić. Odwiedzam więc lumpeksy i wyprzedaże, szukam ciekawych dodatków, wyjątkowych ubrań. Kiedy coś bardzo mi się podoba, próbuję zrobić to sama. W przypadku dodatków jak biżuteria- nie ma z tym problemu, trudniej jest z ubrankami, ale powoli uczę się szyć na maszynie, więc może niebawem uszyję córce wymarzone poncho. Póki co, gdy mam okazję odwiedzam second handy i wyszukuję perełek, które można przerobić lub założyć od razu po upraniu. Czasem waham się czy zakupić pewne rzeczy, bo mają piękną fakturę lub wzór, ale są za wielkie lub o beznadziejnym kroju- jeśli są wystarczająco obszerne na przeróbkę- nigdy nimi nie gardzę. Nie umiesz szyć? Lumpeksy to świetne miejsce na poszukiwanie skarbów takich jak biżuteria. Kolejnym fajnym miejscem są pchle targi, sklepy typu Kik czy Pepco. Można tam znaleźć cudne dodatki, które "zrobią" stylizację.
Większość ubranek, które prezentuję, Melania odziedziczyła w spadku lub upolowałam na wyprzedażach czy w second handach. Nawet mając bardzo ograniczone fundusze można ubrać swoją pociechę stylowo i modnie. Nieograniczony budżet też nie oznacza od razu, że kreacja będzie fantastyczna. Gdy w grę wchodzą gusta, metki nie mają znaczenia.
Dziś Melania w wersji gwiazdorskiej. W tej stylizacji czuła się jak ryba w wodzie: złota sukienka, urocze sandałki, rozpuszczone włosy. Tylko jakiegoś słodkiego malucha płci męskiej brakowało do tych fotek... ;)
sukienka- H&M
sandałki- H&M
bransoletka- lumpeks
spinka pompon- Kazu
okulary- Kik 
torebka- Reserved







I wersja kolorowa:










Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger