9/29/2015

Jak dobrze wybrać szpital do porodu?

Jak dobrze wybrać szpital do porodu?
     Do napisania tego postu zainspirowała mnie rozmowa z koleżanką, która pytała mnie czy rodziłam w Krakowie i jaki szpital wybrałabym do porodu. Pierwotnie rzeczywiście miałam rodzić w Krakowie, chodziłam do ginekologa, który pracował w wytypowanej przeze mnie placówce, ale w życiu nie da się niczego przewidzieć i zaplanować. Ostatecznie, Melanie wydałam na świat w Bielsku.
     Mimo wszystko i tam, priorytetem dla mnie było wyszukać odpowiednią placówkę i zanim wybrałam miejsce do porodu zrobiłam rundę po bielskich i okolicznych szpitalach, by dokonać najlepszego wyboru.
     Jak wybrać szpital do porodu?
     Po pierwsze wytypuj kilka szpitali znajdujących się na liście "Rodzić po ludzku". Gdy byłam w ciąży kupowałam wszelkie dodatki do gazet, odwiedzałam darmowe warsztaty, które traktowały o porodzie oraz szpitalach. Dzięki temu szybko wytypowałam kilka szpitali uznanych w Krakowie za najlepiej przygotowane i przyjazne rodzącej. Nie ukrywam, że udało mi się upolować dodatek do Gazety Wyborczej z rankingiem najlepiej wyposażonych krakowskich porodówek.
 Co to znaczy dobrze wyposażony szpital?
     Medycyna posuwa się do przodu w zawrotnym tempie: przeszczepy, in vitro, chemioterapia, narkozy, a przekonanie, że kobieta musi rodzić w bólu pokutuje nieprzerwanie do dziś. Wszyscy towarzyszący rodzącej na sali powtarzają jak mantrę: "Każda rodzi, każda przez to przechodzi, nie płacz, nie histeryzuj... " itd. Zakutego łba nie przeskoczysz, ale szpital zatrzymany w czasach PRL możesz omijać szerokim łukiem. Zanim więc podejmiesz decyzję, wybierz się na spacer po porodówkach i porozmawiaj z położnymi. Poproś o pokazanie traktu porodowego oraz sal porodowych. Zapytaj o możliwość porodu rodzinnego, porodu w wannie. Podpytaj o ilość wanien i czy są one dostępne dla rodzących, zapytaj o worki sako, drabinki, piłki (na których można wykonywać ćwiczenia uśmierzające ból i przyspieszające poród).
    Nie sugeruj się tym jak wygląda szpital. Z własnego doświadczenia wiem, że wiele placówek zamiast łożyć w remont, finansuje coraz to lepsze wyposażenie, a przecież gdy boli kolor ścian ma dużo mniejsze znaczenie niż brak wanny. Zapytaj czy szpital oferuje znieczulenie zewnątrzoponowe, czy oferuje uśmierzanie bólu tlenem, czy ma w wyposażeniu aparat TENS i czy trzeba zaopatrzyć się we własne elektrody. Podpytaj o stanowisko położnych wobec nacięcia krocza. Wiele pielęgniarek mówi, że oczywiście stara się tego uniknąć, ale na pytanie o ciepłe okłady np. z kawy pomiędzy skurczami, szeroko otwierają oczy ze zdumienia lub protekcjonalnie wzdychają.
     Masz prawo żądać pomocy, by uśmierzanie bólu stało na najwyższym poziomie. Partner może starać się ze wszystkich sił by Ci ulżyć: masować Twój odcinek krzyżowo-lędźwiowy czy stosować akupresurę, ale to nie znaczy, że personel ma stać z założonymi rękami i "dopingować" Cię słowami "Każda przez to przechodzi i wytrzymuje bez znieczulenia".
     Dopytaj też jakie jest stanowisko personelu co do sposobu wyboru pozycji porodowej. Wiele mówi się o tym, by kobieta mogła rodzić w pozycji, którą odczuwa za najlepszą dla siebie (natura tak nas skonstruowała, że najwygodniej i najszybciej rodzić nam nie na leżąco, a w kucki, przez wzgląd na ułożenie narządów rodnych oraz... grawitację), ale mało który szpital przystaje na takie warunki. Dlaczego położne tak upierają się na poród na leżąco? Bo najwygodniej go im w ten sposób odebrać. Jeśli sytuacja tego wymaga i poród obfituje w komplikacje- nie ma sensu się kłócić, ale jeśli wszystko przebiega książkowo i sprawnie powinnaś mieć możliwość rodzić w takiej pozycji w jakiej jest Ci najwygodniej i najmniej boli.
     Warto pamiętać, że jadąc już do rozwiązania powinnaś mieć ze sobą tzw. plan porodu, w którym jasno i wyraźnie piszesz o swoich oczekiwaniach co do każdego z etapów przyjścia na świat Twojego maleństwa. Możesz napisać w nim, że chcesz uniknąć środków farmakologicznych przyspieszających poród (takich jak oksytocyna, która prócz przyspieszania rozwierania itd. potęguję ból...), cesarskiego cięcia, że chcesz rodzić sama lub z doulą czy partnerem, że oczekujesz dostępu do wanny czy aparatu TENS, że chcesz uniknąć nacięcia krocza itp, itd.
     Walcz o swoje prawa, dużo czytaj, bądź świadoma- w końcu wydajesz na świat najwspanialszą istotę na ziemi :).
Wybór szpitala do porodu

9/25/2015

Ceń się blogerze!- czyli jak wyceniać swoje posty na blogu

Ceń się blogerze!- czyli jak wyceniać swoje posty na blogu
     Każdy z nas popełnia błędy. Pewnie większość z nas ma na swoim koncie post w zamian za balsam, sukienkę dla dziecka albo zestaw książeczek. O ile rozumiem post za rzecz, która jest nam potrzebna, albo na którą nas nie stać, o ile rozumiem takie wpadki na początku kariery blogowej, kiedy nikt do końca nie wie jak się cenić, o tyle nie akceptuję wpisów za rzecz wartą 15 złoty, którą robi bloger prężnie działający np. dwa lata.
     Nigdy nie zaczniemy zarabiać, jeśli znajdzie się taki który opublikuje swoje wypociny za 10 złotych. Nie zaczniemy zarabiać jeśli będziemy się godzić na posty za rzeczy, które stoją nieużywane w pokoju dziecka, zbierając kurz albo ustawiając się w kilometrowej kolejce w szafce w łazience. Nie tędy droga. Zawsze znajdzie się firemka, która zaproponuje 10 mililitrową próbkę balsamu w zamian za post z linkiem, ale to nie oznacza że mamy się godzić na śmieszne warunki.
     Dzięki See Bloggers dowiedziałam się jednej, istotnej rzeczy ( w zasadzie dwóch, ale ta jest ważniejsza ;)). Bloger, który ma 15 000 unikalnych użytkowników może życzyć sobie za post 1000 złotych. Im większa liczba UU, tym większych stawek można żądać.
     Pomyśl, jeśli miesięcznie czyta Cię na przykład 30 tysięcy osób to tak jakby 30 tysięcy osób kupowało miesięcznie taki właśnie nakład Twojej gazety. Uwierz, są czasopisma które sprzedają się tylko w takich ilościach (w dobie internetu gazet sprzedaje się coraz mniej)- wszystko to łatwo sprawdzić w sieci, a nawet to ile takie czasopisma liczą sobie za średniej wielkości reklamę. Siła drzemie w internecie i w nas blogerach.
   Załóżmy, że czyta Cię miesięcznie 15 tysięcy osób (te 15 tysięcy osób nie równa się miesięcznej liczbie odsłon bloga- pamiętaj!, unikalny użytkownik to jedna osoba, niezależnie od tego ile postów Twojego bloga jednocześnie ma otwartych, ani ile razy odświeża stronę), załóżmy, że masz zamówienie na post za 1000 złotych zaledwie raz na miesiąc. Dla szarego człowieka to ogromne pieniądze.
     Gdybym ja mogła zasilić nasz budżet tym tysiącem miesięcznie, poczulibyśmy ogromną finansową ulgę; dlatego myślę, że warto konsekwentnie odmawiać propozycjom: post za rzecz, tym bardziej jeśli rzecz warta jest niewiele albo jest nam zupełnie niepotrzebna. Gdy więc następnym razem zobaczysz w skrzynce mailowej zupełnie nieintratną propozycję, nie myśl sobie: "no dobrze, ale im więcej współprac, tym więcej osób będzie chciało ze mną współpracować". Niekoniecznie. Małe firmy- być może, ale dla poważnych klientów istotne będą Twoje statystyki, a nie liczba współprac, a za dobre statystyki dobrze się płaci, a nie sypie gifcikami- zbieraczami kurzu.
     Nie kieruję tych słów do małych, niszowych blogów, które dopiero zaczynają, których czyta miesięcznie niewiele osób i dla których każda maluteńka nawet współpraca jest ogromnym kopem do działania i wielką radością. Piszę do tych, którzy mogą żądać więcej, a zaniżają opinię blogerów na rynku. Blogosfera jest odzwierciedleniem rynku pracy. Wiem, że wciąż mnóstwo jest osób godzących się na 800 złoty za miesiąc pracy na czarno, ale o ile te osoby czasem nie mają innego wyjścia, o tyle wiem, że skoro stać Cię płacić za internet i siedzieć przy komputerze, to masz prawo się cenić, bo prowadzenie bloga to nie takie hop siup. Wiem, że to dodatkowa "praca", dodatkowe zajęcie, że możesz myśleć "e tam, kremik (szampon, misiek, skarpetki etc.) mi wystarczy", ale z drugiej strony, pomyśl, ile osób porzuciło pracę, bo naprawdę zarabia na blogu. Wiem, że w obecnych czasach przebicie się bez odpowiednio opłaconego marketingu graniczy z cudem, ale cuda się zdarzają, więc jeśli Twoje statystyki rosną i masz szansę na swoim blogu (i naprawdę ciężkiej pracy) zarabiać- to wykorzystaj to!
     Wiele jest zmiennych wpływających na to ile możesz liczyć za post sponsorowany, ale skoro miesięcznie wraca do Ciebie 8, 10, 15 czy 50 tysięcy osób, to może warto przestać godzić się na propozycje za których dzieci nie wyżywisz. Dzięki See Bloggers uświadomiłam sobie, że wszyscy Ci wielcy blogerzy (ja patrzę na znanych parentingowców, bo w lidze parentingów stoi mój blog- tak myślę) jeśli już prezentują na blogu jakąś rzecz, to nie dość, że ją dostają, to dodatkowo otrzymują zapłatę za jej reklamę (przynajmniej takie sygnały dostawałam na warsztatach). Uważam, że jest to jak najbardziej uczciwe. Być może dla Ciebie to za wielkie żądania- doskonale to rozumiem, ale co innego zgodzić się na post w zamian za grill elektryczny, a co innego zgodzić się na wpis sponsorowany rajstopkami dla dziecka.
     Każdy post, w którym coś recenzujesz czy zachwalasz może odbić Ci się czkawką. Wielu ludzi pójdzie w Twoje ślady, a firma może zyskać ogromne przychody i zainteresowanie, ba!, może się dzięki Tobie przebić na rynku. Czy warto wiązać swój wizerunek i polecać kogoś za trzy pary majtek (nawet najpiękniejszych)? I kwestia Twojego wysiłku. Ja nad każdym postem pracuję do dwóch godzin, owszem, czasem mam wenę, ale nawet za weną muszą pójść zdjęcia i potem udostępnianie posta w różnych grupach itd, itp. Jestem pewna, że i Ty sporo pracujesz nad swoim wpisem, szanuj więc siebie, szanuj swój czas, swój wizerunek, a także wizerunek swojego dziecka- jeśli go publikujesz. Twój blog to Twoja marka.
     Dlaczego postanowiłam o tym napisać? Bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób zupełnie nie wie jak się wyceniać, a ja dzięki See Bloggers jestem o tę wiedzę mądrzejsza. Dodatkowo poszperapałam, poczytałam i już wiem, że jak we wszystkim w życiu, tak i w blogosferze, trzeba się cenić.

Jak wyceniać posty?


9/23/2015

Czy tożsamość jest ważna?

Czy tożsamość jest ważna?
       Kiedy ktoś mnie pyta skąd jestem, bez wahania odpowiadam "Oryginalnie pochodzę z Miechowa". Bo choć siedem lat mieszkałam w Krakowie, rok w Zakopanem i cztery lata w Żywcu, to do końca życia będę Miechowianką, bo tam się urodziłam i wychowałam. 
      Jestem szczęśliwą posiadaczką tożsamości, bo prócz tego, że jestem Polką, jestem też Małopolanką i przede wszystkim Miechowianką. Być może wiele osób nawet nie ma pojęcia jak ważne jest ów poczucie tożsamości pochodzeniowej; ja też nie miałam, dopóki nie zaczęłam studiować europeistyki, na której uświadomiono mnie jak ważne jest poczucie tożsamości. 
Jestem szczęśliwcem, bo urodziłam się, mieszkałam i wychowałam w tym samym mieście, dzięki czemu wiem co odpowiedzieć na pytanie: "skąd jesteś". Co na takie pytanie dopowie moja córka? Tego niestety nie wiem...
         Do refleksji nad tożsamością mojej córki skłoniła mnie rozmowa przy komunijnym stole w maju tego roku, gdzie padały hasła, że to dobre dla dziecka zmieniać często miejsce zamieszkania i otoczenia, tak jak to się dzieje w naszym życiu. Zaczęłam nad myśleć, bo odkąd porzuciliśmy koczowniczy tryb życia minęły tysiące lat i od dawien dawna człowiek szuka miejsca na ziemi, by się osiedlić. 
          Własne miejsce daje poczucie bezpieczeństwa, a to jest drugie z najważniejszych, zaraz po potrzebach fizjologicznych, pragnienie w piramidzie Maslowa. 
Moja córka urodziła się w Bielsku-Białej, niecałe cztery lata mieszkała w Żywcu i nie wiadomo jak długo przyjdzie jej mieszkać w Łodzi. Całym sercem chcę, żeby moja córka za kilkanaście lat na pytanie: skąd pochodzisz, umiała znaleźć odpowiedź, ale czy tak będzie, tego nie wiem... Ostatecznie za każdym razem pytana o to, będzie wywlekała kilkudaniową mini historię z życia, udowadniając, że jest po prostu Polką, bo przecież żadna z niej Żywczanka czy Łodzianka (chyba, że zostaniemy tu już do końca życia)...
         Czy rzeczywiście koczowniczy styl życia jest taki dobry dla dzieci? Moja córka nie przeżyła traumatycznie tej przeprowadzki, choć nieraz wspomina ze smutkiem, że tęskni za ciocią Justynką, ostatnio nawet wspominała cukiernię Anię, do której bardzo często chodziliśmy. Była na szczęście w dosyć dobrym na takie zmiany wieku, bo nie zdążyła jeszcze nawiązać przyjaźni, a mieszkanie, które wynajmowaliśmy było brzydkie i mikroskopijne, więc to w Łodzi tak ją zachwyciło, że zaraz zapomniała o starych śmieciach.
          Niemniej jednak przeprowadzka i zmiana miejsca zamieszkania zajmuje bardzo wysokie miejsce w czynnikach stresogennych i powodujących depresję i ja osobiście nikomu nie życzę, żeby tak jak my wędrował po całej Polsce z dobytkiem i dzieckiem, stresując się czy znajdzie się miejsce w przedszkolu i jak dziecko się zaaklimatyzuje.
        Kolejnym utrudnieniem takiego życia jest znaczna odległość od rodziny. Od samego początku byliśmy z mężem zdani tylko na siebie. Oczywiście była to gwarancja ekspresowego dojrzewania i znam wielu ludzi, którzy teoretycznie są na swoim, mają rodziny i nie mają zupełnie pojęcia jak to jest żyć tak jak my. Niektórym ciężko jest nawet sobie wyobrazić, że jak jestem chora to nikt nie przyjdzie zabrać dziecka choćby na godzinny spacer, czy choćby tak banalna sprawa jak termin do UP: niezmiennie chodziłam tam z dzieckiem i do tej pory pamiętam przedzieranie się zimą przez zaspy z wózkiem (UP w Żywcu jest na końcu świata). Nierzadko dużo starsi od nas ludzie zadają nam niedorzeczne pytania w stylu: "Czy Asia znalazła już pracę" (było to w te wakacje), bo nie są w stanie sobie wyobrazić, że nie mam co zrobić z dzieckiem podczas wakacji w miejscu, w którym dopiero co zamieszkałam. To jest jednak temat na zupełnie inny post, i to zapewne bardzo rozbudowany...
        Przeprowadzka czasem jest nieunikniona, czasem jest spełnieniem pragnień i bierze się na nią kredyt ;) i o ile przeprowadzka z mieszkania w bloku na obrzeża miasta do domu z ogrodem, może być dla całej rodziny niebywałym szczęściem, o tyle podróżowanie za pracą z całą rodziną i dobytkiem, szukanie mieszkań pod wynajem i ciągły niepokój "gdzie nas znowu poniesie" niekoniecznie jest taką przyjemnością. Kiedy kiedyś przyjdzie Ci go głowy powiedzieć takim jak my "ale Wam fajnie, że raz mieszkacie tu, raz tu" to zastanów się czy chciałbyś/łabyś nie mieć nigdy do pomocy dziadków, stracić wszystkie przyjaźnie i bliskich i wydawać krocie na przeprowadzki (pomyśl też ile rzeczy musiałbyś/łabyś zabierać, bo nikt na wynajętym mieszkaniu nie użyczy Ci miejsca, żebyś sobie stopniowo wywoził/a ubrania, meble, pościel, książki itd.) tylko po to, żeby przez rok czy dwa lata gdzieś osiąść i mimo wszystko dalej czuć się jak na walizkach? Czy naprawdę chciałbyś/łabyś żeby Twoje dziecko co rok zmieniało przedszkole lub szkołę, a Ty co trzy lata wędrowała po kraju za pracą? Nie sądzę (no chyba, że szłyby za tym jakieś wielkie pieniądze, ale w naszym przypadku to tylko mrzonki...).
miejsce pochodzenia

9/21/2015

Jak promować swojego bloga?- 5 skutecznych sposobów

Jak promować swojego bloga?- 5 skutecznych sposobów
     Nie ukrywajmy, że nikt z nas nie pisze bloga tylko dla siebie. Każdy z nas chce dotrzeć do większej liczby czytelników. Nie ma się czemu dziwić. Większość blogerów poświęca blogowaniu wiele ze swojego wolnego czasu. Żaden post nie pisze się w pięć minut, tym bardziej jeśli to posty dotyczące zdrowia, instrukcje typu "zrób to sam" i inne podobne, zawierające mnóstwo nowinek, informacji czy dopracowanych zdjęć.
     Blog to praca, chyba każdemu blogerowi sprawiająca ogromną przyjemność i dająca satysfakcję. Niemniej jednak to wciąż praca, która wymaga zaangażowania i czasu, a nagrodą za nią jest zwiększające się grono czytelników i komentarze pod postami.
     Każdy bloger zaczynał, każdy z nas miał posty bez komentarza, które przeczytało zaledwie kilkanaście osób. Jednak w miarę upływu czasu, każdy sumiennie działający bloger zauważa zwiększenie ruchu na swojej stronie i coraz większy odzew. To nie dzieje się bez przyczyny i nie w przypadku każdego blogera związane jest z nakładami finansowymi przeznaczonymi na reklamę, posty sponsorowane itp. 
    Ja nie promuję swojego bloga poprzez wykupywanie reklam, dlatego zaproponuję Wam kilka sposobów dzięki, którym doszłam tu gdzie jestem obecnie. Nie stracicie fortuny, nie stracicie grosza, niestety te sposoby mają jedną poważną wadę: pochłaniają sporo czasu.

1. Czytaj innych i komentuj- czytanie innych blogów to nie tylko doskonała inspiracja, źródło wiedzy czy sposób na poznanie odmiennych punktów widzenia, ale także metoda by dać się zauważyć. Czytanie i komentowanie daje Ci możliwość pokazania jakim jesteś człowiekiem, a tym samym może stać się zachętą do zaglądnięcia do Twojego miejsca w sieci. Rozbudowany, ciekawy komentarz, który pokazuje, że pofatygowałaś/eś się przeczytać cały wpis, świadczy o Twoim szacunku do blogera, wzbudza sympatię, a odmienny punkt widzenia czy nietuzinkowe spostrzeżenia sprawią, że zaciekawisz innych swoją osobą. Twój komentarz czytają bowiem nie tylko autorzy wpisu, ale także inni komentujący,
Zalet tego patentu nie sposób przecenić, jedyna wada to czas jaki on pochłania.

2. Korzystaj z mediów społecznościowych- choć ilość polubień Fanpege'a nie zawsze ma swoje odzwierciedlenie w ilości unikalnych użytkowników (u mnie nie ma żadnego), to jednak warto jest tworzyć konta na popularnych portalach choćby z tego względu, żeby ta garstka lub znacząca większość Twoich czytelników, która Cię obserwuje czy polubiła, była na bieżąco oraz miała możliwość poznać Ciebie- blogera od innej strony. Nie fiksuj się na promowaniu swoich postów na Twitterze, Facebooku itd, postaraj się wrzucać posty ze śmiesznymi anegdotkami z Waszego życia, ze swoimi zdjęciami lub pytaniami na które czytelnicy będą chętnie odpowiadać np. na takie. Niech media społecznościowe będą zarówno Twoją wizytówką, jak i medium pomiędzy Tobą a czytelnikami. Daj się poznać za ich pośrednictwem z innej strony, wrzucaj notki i informacje którymi nie dzielisz się na blogu np. że jesteście na rodzinnym obiedzie albo gdzie nie polecasz iść na kawę. Bądź tam po prostu zwykłym człowiekiem. 

3, Linkuj do siebie, ale nie zaśmiecaj- nic mnie tak nie denerwuje jak komentarze z linkiem do swojego bloga lub nieśmiertelnym "KLIK- nij do mnie". Jeśli jak 99% blogerów posiadasz konto na Googlu to naprawdę nie ma potrzeby dodawać w komentarzu linku do swojego bloga, bo jeśli ktoś będzie chciał do Ciebie zajrzeć, to kliknie w Twoją ikonkę i zostanie przekierowany na Twoje konto. Nie wyrabiaj sobie SEO kosztem bycia uznanym za spamera (jeśli dodajesz link do konkretnego postu i jest to usprawiedliwione kontekstem wypowiedzi to inna sprawa, chodzi mi o nagminnie dodawanie linku do siebie w każdym komentarzu). Zamiast zaśmiecać komuś bloga, dodawaj linki do wpisów w odpowiednich grupach, choćby na Facebooku czy w "linkowych party". Ciekawym portalem jest także Flapi.pl, można znaleźć tam świetne wpisy i dodawać linki do siebie. Jeśli Twój artykuł wzbudzi zainteresowanie, będzie dostawał głosy i jest duża szansa że dostanie się na stronę główną. 


4, Pisz często i na tematy które Cię interesują- jeśli ludzie zaglądający na Twojego bloga zobaczą, że ostatni post dodałaś/eś miesiąc temu, będą mieli słuszność jeśli pomyślą, że już nie działasz na swojej stronie. Rzadkie publikowanie tekstów sprawia, że ludzie coraz rzadziej do niego powracają. Skoro przez dwa, trzy tygodnie nie pojawia się nic nowego, to ewidentny znak, że nie ma sensu zaglądać do Ciebie często i sprawdzać czy nie pojawiło się nic nowego. Im rzadziej publikujesz, tym mniejszą motywację dajesz czytelnikom żeby do Ciebie powracali. Nie możesz się jednak zmuszać i publikować teksty byle jakie tzw. zapchaj dziury. Jeśli zupełnie nie czujesz weny i żaden temat nie wydaje Ci się na tyle inspirujący, by wykrzesać choć pięć ciekawych zdań to odpuść. Twoi czytelnicy to inteligentni ludzie, którzy wyczują że ich zbywasz, że publikujesz coraz mniej wartościowe wpisy, więc po co Cię czytać?



5. Nie pisz na tematy, które Cię nie dotyczą bądź na których się nie znasz tylko dlatego, że cały internet od tego huczy- wszyscy piszą o jarmużu ale Ty nigdy nawet nie miałaś/eś go w rekach? Daj spokój, albo spędzisz mnóstwo czasu na weryfikację informacji na jego temat i zanudzisz się na śmierć zanim wypocisz wpis albo napiszesz plagiatopodobną kompilację kilku tekstów i stracisz zaufanie wielu wartościowych czytelników. Nie włączaj się w aferki blogowe, nie pisz o tym co Cię zupełnie nie dotyczy, ale o czym huczy połowa blogosfery. Czytasz blogi i co chwilę widzisz wojenki i bitwy o wyższość porodu sn nad cc, ale nie dość, że nigdy  nie rodziłaś,to  nawet nie planujesz dziecka. Po co się wtrącać, po co tracić wiarygodność? Pisz to, co czujesz sercem, co Cię interesuje, gnębi, smuci, na czym się znasz, o czym wiesz więcej. Bądź wiarygodna/y, buduj szacunek, wzbudzaj zaufanie.


Jak wypromować bloga?

9/20/2015

Jaka matka taka córka czyli tutu dla dużej i małej

Jaka matka taka córka czyli tutu dla dużej i małej
     Uwielbiam ubierać mnie i córkę podobnie: mamy już prawie identyczne żakiety, spodnie, spódnice, sukienki (kto śledzi nas na FB wie jak ubrałyśmy się na wesele dwa tygodnie temu). Kompletuję naszą garderobę w lumpeksach lub na wyprzedażach, mimo to jestem w stanie upolować nam podobne ciuszki. 
     Nie ukrywam, że dzisiejszej stylizacji sprzyja duch czasu. Nie ma już wielkich granic w tym jak mamy się ubierać, gdy kończymy pewien wiek lub zaczynamy pewien okres/etap naszego życia. Tiulówki nosi się do ślubu czy w nowoczesnym wydaniu- do ramoneski, pasują małym dziewczynkom i dorosłym kobietom- w zależności od kolorystyki oraz z czym się ją połączy. Kobiety w wieku 50+ nie wkładają już na głowę chusteczek i nie ubierają wyłącznie spódnic za kolano mając dobre nogi, a my- kobiety przed trzydziestką nadal czujemy się młodymi dziewczynami i nierzadko wciąż tak wyglądamy- jak byśmy niedawno skończyły dwadzieścia lat. Granice się zacierają, dając nam wielkie możliwości w kwestii ubierania. Korzystajmy z tego póki czujemy się młodo i tak wyglądamy.

Stylizacja Melanii:
bluzeczka- F&F
sweterek- H&M
spódniczka- Pepco
buciki- H&M

Stylizacja mamy:
bluzka- lumpeks
spódnica- Pepco

















9/16/2015

Nie jestem tęczowa, tolerujesz to?

      Nie jestem kolorowa. Kto ma mnie w znajomych na Fb, wie że miniaturka mojego zdjęcia nigdy nie przybrała tęczowych barw. Jestem nietolerancyjna? Jestem przeciwna homoseksualistom? Nie godzę się na nich w społeczeństwie? Bynajmniej, nie jestem homofobem, nie przeszkadza mi inna orientacja, tak jak nie przeszkadza mi inne wyznanie, pochodzenie, poglądy. Lubię dyskutować, lubię słuchać czyichś racji (to bardzo poszerza horyzonty- osobiście, uwielbiam rozmawiać z ateistami na temat wiary, wiele się przy okazji takich dyskusji dowiedziałam na temat chrześcijaństwa).
     Nigdy nie przeszkadzało i nie będzie mi przeszkadzać ani wyznanie, ani orientacja, ani pochodzenie, ani kolor skóry drugiego człowieka. To nie ma dla mnie znaczenia w kogo wierzy Krysia, dopóki uznaje ona pewne zasady i porządek w społeczeństwie. Nie obchodzi mnie też z kim sypia Karol, dopóki nie narzuca mi jednego słusznego wyboru. Dopóki nikt nie wkracza w moją wolność i nie narzuca mi swoich poglądów, jestem tolerancyjna.
      Wiele rzeczy toleruję i akceptuję jak np. inny kolor skóry, są też rzeczy które toleruję, ale ich nie akceptuję jak np. aborcja (nie wnikam w przyczyny, więc z założenia toleruję), oczywiście są też rzeczy którym jestem absolutnie przeciwna- niezależnie od przyczyn. Tolerancja jednak działa w dwie strony: powinno się tolerować także niegodzenie się innych na własne poglądy, jak ja akceptuję i toleruję ateistów.
     Kiedyś prężnie działałam jako wolontariusz Amnesty. Przeprowadzałam w szkołach warsztaty uczące tolerancji i uwrażliwiające na odmienność. Nadal zgadzam się z tymi poglądami, nadal chętnie prowadziłabym warsztaty szerzące wśród młodzieży akceptację inności i tolerancję.
     Kiedy jednak oglądam popularny program śniadaniowy, przeglądam ogłoszenia o pracę, odpowiadam na maile, jem śniadanie i piję kawę, nie chcę żeby ktoś podprogowo narzucał mi jedyny słuszny punkt widzenia. To nie do wiary, że w porannej telewizji puszcza się wątek o "sprawdzaniu" i "testowaniu" poziomu tolerancji wśród Warszawiaków. Mnie naprawdę nie wzruszają geje i lesbijki, mnóstwo imprez spędziłam ze znajomymi w krakowskim Kitschu (moje pokolenie wie o co chodzi ;)), ale testowanie tolerancji poprzez puszczenie w świat dwóch gejów proszących przechodniów o zrobienie zdjęcia i dających sobie słodkie dziubki przed obiektywem, to już troszkę za wiele.
     Myślę, że gdyby puszczono taki program 10 lat temu, efektem byłby społeczny bulwers, a teraz siada kilka osób rano, w tygodniu i dywaguje nad tym jak niektórzy są zacofani, bo peszyli się gdy dwóch chłopaczków mizdrzyło się przed obiektywem i jaki fart, że para gejów trafiła na takich tolerancyjnych, bo normalnie to by ich zlinczowali. Owszem. Mnie te chłopaki zupełnie nie przeszkadzają, nie obchodzi mnie jak spędzają wolny czas i jak bardzo są w sobie zakochani. Cieszę się, że są szczęśliwi, że gdzieś tam sobie spokojnie żyją i nikt im krzywdy nie robi. Ale czy ja z mężem mizdrzę się przed czyimś oknem? Czy mizdrzę się w knajpie gdy ktoś obok je obiad?  Czy mizdrzę się na ulicy czy przystanku mpk? Nie! Nie mizdrzę się, nie mizdrzyłam i mizdrzyć nie będę.
     Tolerancja tolerancją, ale tolerancyjna powinna być też poranna telewizja i zachować cały ten performance na wieczorną godzinę. Mogli zrobić fajny, dłuższy reportaż, mogli testować poziom tolerancji- mieli taki pomysł, ok, mnie to nie przeszkadza. Jednak jestem pewna, że ten program "przypadkowo" mogło oglądać wiele dzieci i uważam, że są pewne granice. Jestem świadoma tego jak wyglądają teraz teledyski, więc ich dziecku nie pokazuję ( znacznie prościej też ich unikać, bo lecą na konkretnych programach); nie dlatego że jestem nietolerancyjna, tylko dlatego że na pewne rzeczy pora przyjdzie później i myślę, że moja Melania na tym nie ucierpi.
     Od lat pewne rzeczy zawsze zarezerwowane były dla starszych, dla dorosłych, dla bardziej rozumnych i niech tak pozostanie. Gdy będzie okazja wszystko wytłumaczę córce, ale niech nikt nie narzuca mi kiedy i jak mam to zrobić.

9/14/2015

Księży Młyn- mój wehikuł czasu

Księży Młyn- mój wehikuł czasu
     Dziś zapraszam Was na wycieczkę po jednym z niezwykłych skrawków Łodzi, po miejscu w którym zatrzymał się czas i w którym można zrobić setki zdjęć, a każde będzie miało inny klimat. Miejsce, o którym mówię, to zespól fabryk włókienniczych o wdzięcznej nazwie Księży Młyn. Powstał on w XIX wieku i mieści się tuż obok Parku Źródliska oraz przepięknej Palmiarni.
     Ponieważ wróciło do nas słońce, korzystamy z tych ostatnich promieni i przyjemnej pogody, spędzając wolny czas na zewnątrz, rowerowo czy na placu zabaw, a ja nie rozstaję się z aparatem. To także ostatni moment żeby poszaleć z modą, bo choć lubię jesienne ubieranie na cebulkę, to jednak wolę letni luz i możliwość lekkiego odziewania się. 
     Poniższe zdjęcia wykonałam w ów niezwykłym miejscu tj. na łódzkim Księżym Młynie. Zdjęcia pokazują zaledwie wycinki tego przepięknego miejsca, a główną bohaterką fotografii jest oczywiście Melcia. Jeśli jednak chcecie poczuć klimat tego nadzwyczajnego miejsca, musicie zobaczyć je na własne oczy i doznać tego niesamowitego uczucia, gdy wchodząc na Księży Młyn wprost z ruchliwej ulicy, można niemal na własnej skórze poczuć jak cofa się zegar...
     Łódź to miasto, które spełnia marzenie niemal każdego fotografa. Jest tu pod dostatkiem najróżniejszych i bardzo ciekawych plenerów: od odrapanych budynków ozdobionych graffiti, przez ogromne parki pełne starych drzew, aż po miejsca tak niezwykłe jak Księży Młyn. 
     Gdzie się w weekend nie ruszymy, co chwilę mijają nas Panny Młode, Panowie Młodzi i tłumy fotografów. Zupełnie się temu nie dziwię, bo ślubny plener z Księżego Młynu to musi być nietuzinkowa pamiątka, a sam plener jest przecież zupełnie darmowy, gdyż Księży Młyn to obecnie szereg ceglanych budynków zamieszkanych przez tubylców, stare trzepaki, drewniane komórki, połamane drzewa. 
     Jeśli kiedyś odwiedzicie Łódź, nie zapomnijcie wracając z Palmiarni wstąpić na Księży Młyn. To będzie zupełnie darmowa, niezwykła lekcja historii, fantastyczny plener do rodzinnych zdjęć czy zderzenie własnych wyobrażeń po przeczytaniu "Ziemi obiecanej" z rzeczywistością. Nie możecie pominąć tego miejsca, będąc na wycieczce w Łodzi. 

chustka- opaska- lumpeks
okulary- Kik
koszulka- po Hani
torebka- H&M
bransoletka- sklep indyjski na Piotrkowskiej
spodnie- Haniu, z pewnością ich nie poznajesz, choć są Twoje, ale ciocia pozwoliła sobie upiększyć je za pomoca noża do tapet... :D
trampy- lumpeks
Łódź

Łódź

Łódź

Łódź


Łódź

Łódź

Łódź

Łódż

Łódż

Łódź

9/11/2015

Chwal swoje dziecko

Chwal swoje dziecko
    Jesteśmy na placu zabaw. W parku. Moja córka wspina się do drewnianego domku i koniecznie próbuje zjechać z rury, która jest jedną z metod opuszczenia domku, obok zjeżdżalni. Pomaga jej tata. Na początku idzie jej nieporadnie, niesamodzielnie, ale z każdą próbą coraz lepiej, aż za którymś razem, może nawet dziesiątym, Melania sama wskakuje na rurkę i zjeżdża w dół. Cieszę się jak głupia, chwalę, przytulam, mówię jak jest dzielna i sprytna. Moja córka dostaje jeszcze większej energii, zjeżdża coraz szybciej, kilka razy ocierając sobie ręce o rurę czy uderzając się w kolano wskakując na nią. Nie zwraca na to uwagi, bo widzi jacy jesteśmy zachwyceni, a ona chce coraz lepiej i lepiej, ćwiczy z zapałem.
     W domku bawi się starsza o rok lub dwa od Melanii dziewczynka, przygląda się zjazdom Melci i naszym zachwytom, szczególnie moim. Dziewczynka zjeżdża z rury zawodowo, wręcz tak dobrze, że pewne tancerki mogłyby się od niej uczyć, oczywiście wszystko w granicach smaku, po dziecięcemu. Dziewczynka jest mistrzynią. Na ławce siedzi jej mama, ma słuchawki w uszach i smartfona w ręce. Ani razu nie podnosi wzroku, ani razu. Dziewczynka kilka razy podbiegała do niej, coś mówiąc, najprawdopodobniej chciała by mama na nią popatrzyła- tak jak ja. Niestety, prośby dziewczynki nie odciągnęły uwagi matki od telefonu.
     Dziewczynka wskakuje na rurę, szuka mojego wzroku i odtąd z każdym zjazdem czeka aż na nią popatrzę. Nie chwalę jej, milczę, ale patrzę, lekko się uśmiecham, a ona zjeżdża za każdym razem specjalnie dla mnie. Melania chce iść na karuzelę, idę z nią, wsiadam, żeby się wspólnie pohuśtać. Dziewczynka biegnie z nami, staje obok, nieśmiało. Pytam czy chce wejść, wchodzi i od tej pory nie odstępuje mnie na krok. 
     Ze wszystkim można przesadzić. Wychwalanie dziecka pod niebiosa za zupełnie naturalne rzeczy nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale szczędzenie pochwał kilkulatkowi tym bardziej nie jest metodą.
Najlepiej wypracować złoty środek i pamiętać, że pewne osiągnięcia dla kilkulatka są ogromnym przełomem, podczas gdy nam mogą one wydawać się banalną rzeczą. Przykład? Twoje dziecko próbuje przeskoczyć kałużę, nie udaje mu się kilkukrotnie, ale za ósmym razem przeskakuje. To jasne, że jest pochlapane, ale udowodniło jakie jest ambitne i uparte. Przeskoczenie kałuży? Banał, zupełnie nieprzydatna "umiejętność", ale tu nie chodzi o samo przeskoczenie kałuży. Twoje dziecko udowodniło sobie, że może osiągnąć zamierzony cel i warto pochwalić je, że mu się udało. 
     Ostatnio córka przynosiła mi z przedszkola obrazki. Całkiem zwyczajne, ciągle te same, te które rysuje od dawna. Mówiłam: "dziękuję, ale następnym razem narysuj mi coś więcej, przecież tak pięknie umiesz rysować". Trwało to kilka dni, aż za czwartym czy może piątym powrotem dostałam wspaniały rysunek naszej rodziny i choć narysowała trzy ludziki, które od dawna umie rysować, to na obrazku były jednak trzy, zróżnicowane wielkością ludziki a za nimi stała historia, którą opowiedziała mi córka. Ucieszyłam się bardzo i autentycznie, a przy tym wyraźnie pochwaliłam córkę, bo dla mnie zrobiła ogromny postęp.
     Nie szczędź dziecku pochwał. Chwal za nowe, wielkie umiejętności jakie przyswoiło i za te malutkie, które dla dziecka są ważne. Podkreślaj jakie robi postępy, buduj w dziecku pewność siebie i pomóż mu dostrzec jego wartość. To bardzo ważne by dziecko widziało w Twoich oczach podziw, by czuło się docenione, w ten sposób umacniasz w dziecku poczucie własnej wartości i tworzysz silnego człowieka. Chwaląc postępy i starania, nie sprawisz, że dziecko stanie się zarozumiałe, o to się nie martw.

jak wychowywać dziecko

9/07/2015

Domek dla lalek- regał

Domek dla lalek- regał
       To było marzenie, o którym nawet nie mówiłam na głos.
Jako mała dziewczynka byłam w posiadaniu różowego, plastikowego, kiczowatego. Miał mikro, plastikowe mebelki, na które nie mieściła się lalka Barbie i choć teraz nie zrobiłby furory, ja swój pamiętam bardzo wyraźnie.
    Domek dla lalek. Wymarzony, piękny, wyczekany. Mój miał biały dach, cienkie plastikowe ścianki pomalowane tak, że udawały kuchnię, salon i sypialnię, do domku dołączony był gruby, wyklejony karton udający ogródek, kilka wątpliwej jakości mebelków i lampa uliczna, która naprawdę świeciła. Stał w kącie pokoju, używany codziennie, każdego dnia jak nowy- tak o niego dbałam.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam drewniane domki dla lalek oniemiałam. Stylowe, solidne, rosnące wraz z dzieckiem, bo zamieniające się w efektowne półki na książki czy pudła z drobiazgami.
Marzył mi się, marzył mi się bardzo, nawet nie pokazywałam tych domków córce, bo wiedziałam jaka będzie reakcja.
       Marzenia się czasem spełniają, spełniło się i nasze.
     Melania jest zachwycona, bawi się domkiem każdego dnia, a mnie cieszy fakt, że jest nie tylko rewelacyjną zabawką ale i solidnym meblem, który kiedyś nie wyląduje w piwnicy jako zbieracz kurzu.
       Domek wykonany jest od początku do końca ręcznie, z drewna sosnowego i na nasze życzenie nie został pomalowany, dostałyśmy go w surowym stanie. Teraz głowimy się jakby go pomalować.
Jednolity kolor? A może czerwony dach i komin, a białe ściany jak w prawdziwy domu? Jak Wy byście go pomalowali? Będziemy wdzięczne z Melanią za inspiracje, mój mąż już czeka z pędzlem w dłoni ;).

Domek dla lalek regał - Drewno i Pasja
kanapa, pościel, lampka, książeczki- ja
szydełkowe sprawy- moja mama

















9/04/2015

Fotografia blogowa

Fotografia blogowa
Czekałam na ten konkretny temat wyzwania z utęsknieniem, bo choć robienie zdjęć podobało mi się zawsze, to włos mi się na głowie jeżył jak pytałam tatę "ale jak zrobić zdjęcie o zmierzchu?", a on zaczynał mi tłumaczyć jakieś niestworzone rzeczy. Statyw? Długi czas naświetlana? Przesłona? Co to jest?!?
To była dla mnie czarna magia, zdjęcie robiłam lustrzanką na automacie albo smartfonem. Kiedy założyłam bloga, siłą rzeczy musiałam zacząć robić do niego ładne zdjęcia. Stroiłam więc córkę, brałam smartfonika i szłam w teren, a potem ewentualnie nakładałam jakieś filtry i wrzucałam fotki do wpisów. Po pewnym czasie zaczęłam słyszeć komplementy na temat tych moich topornie robionych zdjęć. Nie chodziło o technikę, tylko ciekawe ujęcia i to że potrafię dostrzegać pewne rzeczy, a moje zdjęcia są naturalne.
Tata wcisnął mi siłą swoją starą lustrzankę Nikona D50 i "wytłumaczył" podstawowe zasady robienia zdjęć w trybie ręcznym M (przyprawiając mnie o zawrót głowy i palpitację serce). Gdy wróciłam (wtedy) do Żywca, jakimś cudem przestawiłam aparat na tryb P (nie mając zupełnie zielonego pojęcia jak się będzie w nim pracować) i tak zaczęłam się uczyć. Podpatrywałam jak aparat ustawia te dziwne wartości (na początku ciężko mi było nawet zapamiętać gdzie są wartości czasu a gdzie przesłony), doczytywałam w internecie, podpatrywałam blogi fotograficzne i załapałam szybciutko. Tak skutecznie, że w tym momencie wręcz ciężko robi mi się zdjęcia w preselekcjach (tryb A i S) i non stop mam aparat ustawiony na M. 
Gdyby nie blog, gdyby nie namowy taty, pewnie dalej biegałabym za córką z moim Samsungiem i robiła jej niezłe zdjęcia. Na tym etapie aparat towarzyszy mi wszędzie, założyłam stronę z moimi fotografiami (lamelka.eu) i umawiam się z obcymi ludźmi na sesje zdjęciowe. Fotografia stała się moją pasją i sposobem na życie.
Triki lub użyteczne wskazówki? Nie mam żadnych. Preferuję żmudną pracę z aparatem, nie używam Photoshopa. Swoje RAW-y wywołuję i obrabiam w Light Roomie.

A to moja droga:

Czerwiec 2014 (smartfon)

Wrzesień 2014 (smartfon)


Październik 2014 (pierwsze zmagania z Nikonem D50)- pojawia się mała głębia ostrości



                                                      Listopad 2014 (Nikon D50)- pojawia się i bokeh


 Kwiecień 2015 (Nikon D90)



 Maj 2015


Czerwiec 2015


Zdradzę Wam jedną tajemnicę, którą pojęłam po roku fotografowania. To jak wychodzisz na zdjęciach to nie kwestia tego, czy jesteś czy nie jesteś fotogeniczny, tylko kto robi Ci zdjęcie. Uwierzcie!

9/02/2015

Muffinki marchewkowe najlepsze na świecie

Muffinki marchewkowe najlepsze na świecie
Zbliża się jesień. Nieubłaganie zagląda nam w okna szarością, burością, chłodem i wiatrem. Wczorajsze tropikalne upały bezczelnie uciekły jak złodziej, nocą. Ranek mnie przeraził, zaskoczył, zasmucił i przypomniał o plusze i zimnie, które nachodzą wielkimi krokami.
Lubię jesień, pisałam Wam o tym tutaj, ale jesień trwa w Polsce bardzo długo i zdążę się nią nacieszyć, a lato (jak wszystko co dobre) to tylko błysk, malutki wycinek czasu, króciutkie błogosławieństwo.
Przychodzi więc jesień: czas grzańca (mmmmniam!), koloru musztardowego, puchatych swetrów, szalików i czapek, czas dyni i pysznych deserów. Deserów? No właśnie!

Muffinki marchewkowe, które posmakują każdemu i nikt się nie kapnie, że jest tam marchew ;) :
250 gram surowej marchwi
180 gram mąki pszennej pełnoziarnistej (lub pół na pół razowej i pszennej pełnoziarniestej)
100 gram cukru brązowego (ja daję 60 gram cukru i 40 gram melasy)
115 gram oleju
pół łyżeczki soli
Edit: łyżka octu balsamicznego/winnego (dla zlepienia ciasta) lub dwa jajka (w zależności czy chcemy typowo wegański przepis, czy też możemy jeść jaja)
1 łyżeczka sody oczyszczonej
dwie łyżeczki cynamonu
pół łyżeczki imbiru i gałki
szczypta kardamonu

Marchewkę ścieramy na małych oczkach, ale jeśli posiadamy odpowiedni sprzęt najlepiej ją zblendować, zmiażdżyć itp. Następnie wszystkie składniki, prócz sody, szybko miksujemy na wysokich obrotach (do minuty czasu), żeby ciasto szybko się połączyło. Po wymieszaniu dodajemy sodę i miksujemy jeszcze 10 sekund.
Przekładamy ciasto do 3/4 wysokości papilotek (wyjdzie około 16-18 muffinek) i pieczemy w nagrzanym piekarniku do 180 stopni przez około 20-25 minut (najlepiej sprawdzać drewnianym patyczkiem czy ciasto ze środka się nie przykleja).

Smacznego!

Zapewniam, że posmakuje wszystkim, szczególnie w towarzystwie dobrej kawy/herbaty i przyjemnych rozmów.

muffinki marchewkowe dietetyczne

dietetyczne muffinki marchewkowe




Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger