3/23/2017

Plagiat - prawa blogera

Plagiat - prawa blogera
        W świadomości ludzi krąży jakiś dziwny mit, że to, co w sieci jest bezpańskie i można tym swobodnie rozporządzać: zawłaszczając, wykorzystując, kopiując, udostępniając. Co jakiś czas pojawiają się głosy, że czyjeś zdjęcie krąży po sieci reklamując sklepy odzieżowe, a czyjeś posty lekko zmienione lub też nie obiegają pół świata.
         O tym, że zostałam splagiatowana dowiedziałam się zupełnym przypadkiem. Starając się o fajną, zdalną pracę miałam przesłać kilka swoich tekstów do oceny. W odpowiedzi dostałam informację, że Pan z plagiatorką współpracować nie chce. Wyjaśniłam sytuację, dostając w zamian listę miejsc, w których moje teksty figurowały jako czyjeś (nawet w lokalnej gazecie) albo reklamowały produkty w sklepie internetowym. Jak łatwo się domyślić, nikt nikomu na słowo nie uwierzy, że to właśnie ja jestem autorką tekstów - pracy więc nie dostałam, ale swoich praw do własnych tekstów postanowiłam jednak dochodzić, 
           Moim głównym celem było sprostowanie. Chciałam żeby właściciele miejsc, w których wykorzystano mój tekst oficjalnie wyjaśnili, kto jest autorem artykułów. Powołałam się więc na: 
art. 115 ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych:
"1. Kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części
cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.
2. Tej samej karze podlega, kto rozpowszechnia bez podania nazwiska lub pseudonimu twórcy cudzy utwór w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, artystyczne wykonanie albo publicznie zniekształca taki utwór, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie."
              Przywołałam także cytat figurujący w regulaminie mojego bloga: „Moje fotografie oraz wpisy to wynik samodzielnej nauki, pracy i ogromnego zaangażowania, tylko ja mam do nich prawa autorskie i nie możesz z nich korzystać bez mojej zgody. Jeśli jednak, któreś zdjęcie lub tekst bardzo Ci się podoba i chciałabyś/chciałbyś jakoś je wykorzystać- napisz do mnie, może razem coś wskóramy.” , a w załączniku dodałam statystyki splagiatowanego postu. 
             Jak się domyślacie osoby, które choć trochę znają się na prawie od razu zgodziły się na oświadczenie i sprostowanie, pojawił się jednak jeden gagatek (a raczej gagatka), który ani myślał prostować informacji na temat mojego artykułu, ani nawet mnie zwyczajnie przeprosić. Zamiast choćby głupiego "sorry, nie wiedziałam",  dostałam niezwykle opryskliwy list, w którym Pani pouczała mnie, że w sieci nie istnieją prawa autorskie, wszystko jest wspólne, a ona skopiowała mój post z FB (ciekawe jakim cudem, skoro całość każdego z moich postów dostępna jest tylko na blogu), z którego wszystko można do woli kopiować i udostępniać zgodnie z jego regulaminem, którego to fragment mi przytoczyła. Dalej też mój post skopiowany słowo w słowo, włącznie z literówkami, wisiał na stronie jej sklepu.
             Na szczęście miałam świadomość tego, że nieznajomość prawa nikogo nie zwalnia od odpowiedzialności za jego łamanie, a prawa autorskie w sieci istnieją równorzędnie z tymi poza nią. Niemniej jednak, przyznaję, gdyby nie kolega adwokat, przedstawianie moich racji trwałoby o wiele dłużej.
            Teksty, które krążą po sieci zawsze mają autora - nie płodzi ich internet, tylko ludzie. Z zasobów internetu możemy korzystać dużo sprawniej i wygodniej niż z zasobów bibliotecznych, ale wbrew pozorom obowiązują nas tam podobne zasady. Korzystając z cudzego dorobku intelektualnego na własny użytek (np. notując coś nawet słowo w słowo) ani w bibliotece, ani w sieci nie popełniamy przestępstwa. Jednakże kiedy chcemy cudze teksty kopiować, udostępniać i rozpowszechniać musimy mieć zgodę autora. Jeśli pragniemy skopiować tylko niewielki fragment, jesteśmy zobowiązani podać konkretne źródło (tzw. przypis). Podobnie jak to się ma podczas pisania pracy dyplomowej, eseju na zaliczenie przedmiotu czy pracy magisterskiej.  
          Kradzież to złamanie prawa. Obojętne czy skradzione zostało auto, pieniądze czy własność intelektualna, naruszone zostały prawa majątkowe. Jeśli więc kopiujesz coś fajnego, co u kogoś zobaczyłaś lepiej 10 razy zastanów się czy warto. Zapytaj: czyj to tekst, skąd pochodzi i jeśli istnieje taka możliwość udostępnij go wprost od autora. Nigdy nie zasłaniaj się tym, że skopiowałaś coś od kogoś, bo to nie zwalnia Cię od odpowiedzialności. Bez znaczenia pozostaje bowiem fakt kto jeszcze prawa autorskie naruszył. Jeśli znajdziesz się w nieszczęsnej piątce, dziesiątce czy nawet setce ludzi, którzy skopiowali coś nielegalnie i udostępniają w sieci zupełnie jak własne, to oznacza tylko tyle, że prawo złamało więcej osób. Wszyscy jednak to prawo złamali i mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności za to. 

coffee time

Copyright © 2014 Z filiżanką kawy , Blogger